środa, 15 sierpnia 2012

The Intuition Orchestra - Gramy muzykę która nie udaje... - romowa opublikowana w majowym Jazzpressie



W kwietniu po ukazaniu się płyt - The Intuition Orchestra "Fromm" i "Legendarne Ząbki" Rafał Garszczyński namówił mnie na długą rozmową o tym jak zaczęła się mona przygoda z graniem muzyki intuicyjnej. Wywiad zmienił się w moją opowieść o życiu i muzyce, a opublikowany został w majowym numerze internetowego miesięcznika Jazzpress. 

Oto on:

Rafał Garszczyński: Opowiedz swoją muzyczną historię… Gra na przeróżnych instrumentach nie jest Twoim jedynym zajęciem, próbowałeś wielu różnych stylów…

Ryszard Wojciul:
Jeśli jesteś wystarczająco cierpliwy to opowiem Ci moją historię. Szczególnie początki są interesujące bo przełamują pewien panujący stereotyp. Ale od początku……moja muzyczna historia rozpoczęła się w ….szkole muzycznej. Najpierw była podstawówka (lata siedemdziesiąte XX wieku hehe). Mój przykład pokazuje, że stwierdzenie – czym skorupka za młodu nasiąknie…, jest jak najbardziej prawdziwe. Chodziłem do podstawowej szkoły muzycznej mieszczącej się w Warszawie na ulicy Kawęczyńskiej. Od piątej klasy moim głównym instrumentem był klarnet. W klasie szóstej mój ówczesny profesor pan Ryszard Skrzypczak zrobił coś niezwykle  - jak na tamte czasy – niekonwencjonalnego. Zaprosił mnie i jeszcze dwóch innych kolegów z klasy klarnetu na próbę big-bandu do Młodzieżowego Domu Kultury, który mieścił się na ulicy Łazienkowskiej. Mieliśmy po 11, 12 lat. Pan Skrzypczak dał nam do rąk saksofony, posadził za pulpitami z nutami i kazał grać. 

Ryszard Skrzypczak i Big Band z Łazienkowskiej. Na pierwszym planie z saksofonem tenorowym Piotr Malak, dalej z altem Rys Wojciul


 Rzuceni na głęboką wodę musieliśmy od razu zmagać się z nowymi instrumentami, nawą muzyką i kompletnie nową – zespołową sytuacją. Powiedziałem że było to niekonwencjonalne bo zwykle tradycyjni klarnetowi pedagodzy trzymali adeptów tego instrumentu z dala od saksofonu. Każdy z nas po za tym słyszał historie jak to za komuny młodzież ze szkół muzycznych chcąca grać jazz była prześladowana i wyrzucana ze szkół. Mnie przydarzyło się coś zupełnie innego. I to nie tylko ze strony tego jednego nauczyciela. Doszło do tego że pani dyrektor szkoły, wiedząc o mojej rozwijającej się fascynacji muzyką jazzową, na koniec siódmej klasy za bardzo dobre wyniki w nauce gry na klarnecie jako nagrodę wręczyła mi najnowszą płytę Jana Ptaszyna Wróblewskiego! Podstawówka była ważna jeszcze z jednego powodu. To tam nawiązałem przyjaźnie, które trwają do dziś. To z kumplami z tejże podstawówki przemierzyłem wspólnie drogę od grania jazzu tradycyjnego  do muzyki free. Moją The Intuition Orchestrę do dziś współtworzą  Bolek Błaszczyk – trzy roczniki młodszy i Jacek Alka – rocznik starszy ode mnie. W latach osiemdziesiątych grał z  nami jeszcze mój przyjaciel z klasy – Robert Wyszyński. To z nim razem w roku 1982 założyliśmy nasz pierwszy jazzowy zespół Deep Raver Jazz Band, do którego dołączyli Jacek i Bolek.  I tu znów okoliczności nam sprzyjały. Wśród kadry MDK na Łazienkowskiej pojawił się pasjonat jazzu – pan Mirosław Bulicz. Przez następne dwa lata to on uczył nas jazzu. Pokazywał skale, nieznane nam  standardy jazzowe, wysyłał na przeglądy młodych zespołów, gdzie zawsze byliśmy jedynymi jazzmanami.
Sala Koncertowa Szkoly Muzycznej na Kawęczyńskiej.Zdjęcie pierwsze: Mirosław Bulicz, Jacek Alka, Rys Wojciul. Zdjęcie drugie:Mirosław Bulicz, Rys Wojciul, Władek Zych, Jacek Alka, Mariusz Kubicki, przy fortepianie niewidoczny Robert Wyszyński, a za fortepianem szykujący się do wejścia na scenę Bolek Błaszczyk


 W roku 1983 zostaliśmy zaproszeni do popularnego programu 5,10,15. Byliśmy tam jedynym w historii zespołem jazzowym i zagraliśmy wspólnie z Extra Ballem Jarka Śmietany. W roku 1984 nasze drogi z panem Buliczem się rozeszły.  Był jazzowym konserwatystą a nas odgrywanie standardów już nie bawiło.  Umieliśmy już improwizować, fascynowała nas muzyka współczesna. Chcieliśmy eksperymentować. W roku 1985 nagraliśmy pierwszy materiał całkowicie wyimprowizowany.  Nagrania poprzedziła nocna dyskusja o filozofii. Bolek wykładał nam teorię Leibniza. Według niej świat składa się z bliżej nieustalonej, ale ogromnej liczby całkowicie od siebie odseparowanych i nie wpływających na siebie bezpośrednio bytów, z których każdy jest „całym światem dla siebie samego”. Te poszczególne byty Leibniz nazywa monadami. Postanowiliśmy tę teorię odwzorować w muzyce, określając ją jako - modern monadologic.  Tak do szło do rejestracji muzyki, która ostatnio ukazała się nakładem Requiem Records - na przepięknie wydanym albumie – „Legendarne Ząbki”


 Ząbki to nazwa miejscowości w której nagrań dokonaliśmy, a legendarne? Nagrania te bardzo szybko przeszły do legendy w naszym środowisku. Jak to się dziś mówi – stały się kultowe dla małej grupki osób. My nie mieliśmy wówczas złudzeń że grając taką muzykę możemy „zaistnieć” . Nawet nie myśleliśmy o tym aby te nagrania pokazać gdzieś komuś. Pomysł taki za to wpadł do głowy pewnemu naszemu znajomemu, który wysłał naszą kasetę jako zgłoszenie do popularnego wówczas festiwalu „Po za kontrolą”.  Dzięki temu jego powołany naprędce zespół zakwalifikował się do koncertu na głównej scenie, ale tematu nie będę rozwijał bo zdążyliśmy mu już to wybaczyć. W latach osiemdziesiątych spotykaliśmy się, już tylko z Bolkiem i Jackiem kilka razy nagrywając nasze improwizacje. Najciekawsze fragmenty można znaleźć na płycie „Legendarne Ząbki”. Ja natomiast na kilka lat wchłonięty zostałem przez scenę rock’n’rollową. Muzykę tę grałem zawsze, niemal równolegle z jazzem. W liceum grałem najpierw w punkowej formacji „Haos”, która potem zmieniła się w reaggowe „Ngezi”.

Ngezi. Od lewej - Zbyszek Skarżyński, Rys Wojciul, Marek Hyliński. Rok 1984

 Moim pierwszym profesjonalnym zespołem były Róże Europy, z którymi wystąpię na wielu koncertach – w tym jarocińskich i nagrałem ich debiutancką płytę, 

Róże Europy. Rok 1986.Od lewej Rys Wojciul, Artur Orzec, Piotr Klatt

Potem stałem się częścią Sztywnego Pala Azji – zagrałem kilkadziesiąt koncertów, nagrałem dwie płyty.
Sztywny Pal Azji u szczytu popularności. Rok 1988. Przy perkusji - Janusz Deda - Cytek, tyłem Jarek Kisiński i Rys Wojciul

W tym czasie wielokrotnie zapraszany byłem do studia lub na scenę przez takie zespoły jak Tilt, Chłopcy z Placu Broni, Tubylcy Betonu, Malarze i Żołnierze i inne.   Współtworzyłem, moim zdaniem fantastyczny zespół Oczy Amelki, który niestety miał pecha że  istniał w czasach przełomu politycznego, kiedy to stare mechanizmy branżowe upadły, a nowe się nie narodziły. Zrobiliśmy kilka bardzo ciekawych nagrań które utknęły w archiwach na zawsze, a zespół przestał istnieć. 
Rok 1990. Oczy Amelki, Od lewej: Rys Wojciul, Grzegorz K. Witkowski, Grześ Marczak, Paweł Pękalski, Witek Kwiatkowski


 Moje rockowe życie łączyłem z innym – nobliwym i poważnym życiem studenta muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim. W latach dziewięćdziesiątych szukając mojej drogi życiowej trafiłem do radia, gdzie przeszedłem bardzo szybką drogę kariery – od szeregowca do generała, ale to opowieść na inną okazję. W tym czasie postanowiłem, że zarabiać będę w radiu a grać – to co lubię – czyli muzykę – nazwijmy to współczesną i mój jazz. Po kilku latach przerwy spotkaliśmy się ponownie z Bolkiem i Jackiem. To był rok 1992. Mieliśmy zagrać koncert w warszawskiej Stodole. To był jedyny czas w naszej historii że zrobiliśmy kilka prób, przygotowaliśmy materiał, który miał ułożone formy, tematy. To co graliśmy można śmiało określić punk jazzem. Muzyka była brutalna, pełna agresji i naszej pasji. Zespół nazwaliśmy Transylwania (później okazało się że w tym samym czasie działał w Polsce również zespół rockowy o tej samej nazwie). Brakowało nam instrumentu basowego, więc zaprosiliśmy na jedną z prób kolegę ze średniej szkoły muzycznej, który był kontrabasistą, ale funkcjonował wówczas na scenie warszawskiej jazzowej jako doceniany pianista. Myślę że nigdy wcześniej, ani potem nie spotkała się z takim graniem i czuł się wyraźnie zagubiony. Po godzinie próby spakował instrument i powiedział nam że „bardzo przeprasza ale nie zagra z nami bo się wstydzi”. W tym samym czasie wspólnie Bolkiem i naszym przyjacielem Jarkiem Siwińskim – wówczas studentem kompozycji na Akademii Muzycznej, powołaliśmy do życia Gupę MM. Nazywaliśmy się grupą multimedialna bowiem oprócz muzyków członkami zespołu była tancerka, mim, aktor i plastyczka. Nasz pierwszy koncert odbył się podczas dużej wystawy sztuki w Toruniu, a potem w klubie Stodoła. 


Rok 1991. Grupa MM po koncercie w Stodole. Od lewej:Bolek Błaszczyk, Kasia Sznuk, Rys Wojciul, Piotr Suzin, Monika Gut, David Foulkes, Jarek Siwiński


Zagraliśmy  m.in. kompozycję TIS MW2 Bogusława Schaeffera – pierwszy w historii utwór tzw. teatru instrumentalnego.  Kilka lat później analiza naszego spektaklu znalazła się w muzykologicznej pracy doktorskiej. Z olbrzymim zdziwieniem przeczytaliśmy w bardzo poważnym piśmie, że nasze interpretacja znalazła złoty środek i trafiła w idealne sedno zamysłu kompozytora.  Opinia tam była dla nas tym większym zaskoczeniem bo nie dość, że zmieniliśmy skład instrumentalny (wprowadzając np. nieistniejący w czasach kiedy utwór powstawał syntezator}, nie dość że dodaliśmy zupełnie nową partię do wykonania przez aktora (opartą na wstępie teoretycznym dodanym do partytury) to jeszcze wydłużyliśmy partię założonej przez kompozytora improwizacji zespołowej – którą jak wiesz ukochaliśmy szczególnie. Grupa MM istniała trzy lata. Naszą siedzibą było przez ten czas Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, a konkretnie Sala Laboratorium gdzie mieliśmy próby i gdzie wystawialiśmy nasze premiery. Przygotowaliśmy ich w tamtym czasie kilka. Zagraliśmy również kilka koncertów w innych miejscach.  

Rok 1994. Grupa MM po koncercie na festiwalu w Gdańsku. Od lewej: Kasia Sznuk, Daria Dobrochna Kwiatkowska, Piotr Suzin, Bolek Błaszczyk, Agnieszka Skolik, Jarek Siwiński, Monika Gut, Rys Wojciul

 Korzystając z faktu że mieliśmy praktycznie nieograniczony dostęp do świetnej Sali z fortepianem postanowiliśmy  reaktywować Transylwanię. Zwieźliśmy do Laboratorium sprzęt nagrywający, rozstawiliśmy instrumenty i graliśmy………przez tydzień. Wychodząc tylko po to aby się przespać i coś zjeść. Nagraliśmy godziny improwizowanej muzyki. Byliśmy przeszczęśliwi i przekonani że nagraliśmy dzieło naszego życia.  Jednakże życie potoczyło się w innym kierunku. . Od 1995 roku porzuciłem muzykę na dziesięć lat, co miało związek głównie z tym że wszyscy - zarówno z Grupy MM i Transylwanii weszliśmy w prawdziwe dorosłe życie. Porodziły się nam dzieci, trzeba było zarabiać. Każdy z nas poszedł w inną zawodową stronę. Ja zostałem w branży radiowej. U szczytu mej korporacyjnej kariery, którejś nocy obudziłem się i pomyślałem że nigdy już nie będę profesjonalnie grał… Spłynęło mi po policzku kilka łez. Jednak nigdy nie mów nigdy. W 2004, gdy  roku wielka korporacja zrezygnowała z moich usług, postanowiłem wrócić do muzyki. Założyłem własną firmę  - Artobus i na początek chciałem nagrać coś oryginalnego, coś co będzie artystycznie, ale i komercyjnie znaczące.  Zająłem się tematem pieśni wielkopostnych, które niezwykle rzadko są śpiewane po za kościołem, a są niezwykle poruszające i piękne. Po dwóch latach pracy wydałem płytę „O duszo wszelka” zawierającą moje autorskie,  i śmiało mogę powiedzieć -  bardzo nowatorskie wersje tych pieśni. 



W  nagraniach  wzięli udział muzycy z bardzo różnych środowisk - jazzmanów reprezentował kontrabasista – Wojtek Pulcyn. Zaśpiewali - Kasia Groniec, Iwona Loranc, Mariusz Lubomski i genialny kwartet wokalny – Il Canto MInore. Płyta otrzymała rewelacyjne recenzje i sprzedała się w nakładzie bardzo  przyzwoitym. Niestety udało mi się zorganizować tylko dwa koncerty – w Filharmonii Narodowej i w Studiu Agnieszki Osieckiej w Trójce. Tylko dwa bowiem impreza była piekielnie kosztowana. Na scenie miałem osiemnastu muzyków, a za wszystko płaciłem z własnej kieszeni. Patronat nad koncertem w FN przyjął wprawdzie Minister Kultury, wówczas Michał Ujazdowski, ale wsparcia finansowego od niego nie dostałem. W ogóle walcząc o zaistnienie moich pieśni na szeroki  rynku stwierdziłem ze smutkiem, że w naszym katolickim kraju, temat ten nikogo nie obchodzi. Pomimo że ja sam nie mogę nazwać siebie człowiekiem religijnym, chcąc iść za ciosem nagrałam jeszcze materiał bożonarodzeniowy pod tytułem – Gwiazdko świeć nam mocniej i przygotowałem jeszcze do nagrania pieśni wielkanocne (mam demo z przepięknym śpiewaniem Grażyny Auguścik), ale ten ostatni projekt nie został zrealizowany z banalnego powodu – braku finansowania. Po za twórczością „świętą” w swoim nowym muzycznym życiu reaktywowałem jeszcze moją rockową formacje, czyli Sztywny Pal Azji i wyprodukowałem dla nich płytę, a po za tym – wróciłem do grania muzyki improwizowanej. W roku 2009, czyli po prawie piętnastu latach przerwy spotkaliśmy się ponownie we tróję aby grać. Ja, Bolek Błaszczyk i Jacek Alka.  Z inicjatywą, aby coś wspólnie „uderzyć” wyszedł Bolek, który od kilku lat grał w Grupie MoCarta. Pomyślałem, że szuka odskoczni od znakomitej wprawdzie, ale stylistycznie zamkniętej i określonej muzyki którą na co dzień wykonuje.  Widziałem że jego awangardowa natura tęskni za graniem intuitywnym, podobnie jak ja. Spotkaliśmy się na Sali prób Grupy MoCarta.  Zwieźliśmy również sprzęt rejestrujący. Ku mojemu zaskoczeniu Bolek zaprosił jeszcze Jacka Malickiego. Członka legendarnej „Grupy w składzie” która muzykę i intuitywną grała jeszcze w latach siedemdziesiątych.  Graliśmy kilka godzin i nagraliśmy bardzo ciekawy materiał. Nasze pierwsze po latach spotkanie uświadomiło nam że możemy wspólnie tworzyć znakomitą muzykę, że  w świecie kolektywnej improwizacji czujemy się fenomenalnie i że naszego potencjału nie możemy zmarnować. Nazwaliśmy naszą formację – The Intuition Orchestra i postanowiliśmy  działać. Do dziś zorganizowaliśmy cztery sesje nagraniowe. Na każdą zapraszaliśmy innych gości. Z sesji w której udział wzięli, prócz mnie i Bolka – wiolonczelista Marcin Krzyżanowski i perkusista Kapeli ze Wsi Warszawa – Piotrek Gliński – wydana została w ograniczonym nakładzie płyta – którą recenzowałeś na swoim blogu. Najbardziej jazzowy materiał nagrany z udziałem Marcina Olaka – gitara, Moniki Szulińśkij – perkusja i Macieja Szczycińskiego – kontrabas – leży i czeka wydawcę, natomiast płyta Fromm, gdzie gramy wspólnie z Jackiem i gośćmi Grażyną Auguścik i Zdzisławem Piernikiem jest od kilku tygodni w sklepach. 



RG: The Intuition Orchestra to muzyczny fenomen. Z tego co mówisz wynika, że zespół istnieje już jakieś 25 lat. Można powiedzieć, że macie skrajnie niekomercyjne nastawienie do rynku? Czy to rodzaj buntu, czy raczej odskoczni od rynkowej rzeczywistości i poszukiwania wolności twórczej wypowiedzi nie skrępowanej pomysłami producentów?

RW:  Jak dobrze policzyć to można powiedzieć że istniejemy już od lat trzydziestu :) Nigdy nie myśleliśmy o naszym graniu w kategoriach komercyjnych. Zawsze robiliśmy to tak naprawdę dla siebie.  Zarówno Bolek jak i ja jesteśmy obecni na rynku muzycznym od lat, ale niewielu wie że gramy muzykę awangardową. Bolek znany jest dziś jako członek Grupy MoCarta, ja niestety cały czas postrzegany jestem przez pryzmat rock’n’rolla z którym tak naprawdę rozstałem się wiele lat temu.  Zastanawiam się na tym czy dzisiejsza moc naszej muzyki nie jest właśnie sutkiem tych kilkudziesięciu lat które minęły. Lat w których spotkaliśmy się rzadko, ale w miarę konsekwentnie budowaliśmy nasz wspólny muzyczny świat bez jakiegokolwiek komercyjnego celu, bez wyścigu. Grana przez nas muzyka intuitywna powstaje w czasie realnym, na scenie bądź w studiu i powstaje bez żadnych ustaleń, bez prekomozycji, których, aby wspólnie grać po prostu nie potrzebujemy. Dziś zapraszając do współpracy gości, jesteśmy dla nich katalizatorami muzyczny emocji, które jak widać po efektach stapiają się w spójna i bardzo dojrzałą muzykę.

The Intuition Orchestra na dziedzińcu CSW Zamek Ujazdowski. Od lewej: Marcin Olak Martcin Krzyżanowski, Rys Wojciul, Piotr Gliński, Zdzisław Piernik, Bolek Błaszczyk
RG: Wyobrażasz sobie trasę zespołu – na przykład 20 koncertów w miesiąc? Udałoby się zachować spontaniczność, która w Waszej muzycznej koncepcji jest tak ważna?

RW: Jestem przekonany że tak. Każdy dzień jest inny, każda sytuacja, każda sala, każda publiczność jest inna. Nasz koncert w CSW trwał 70 minut, a wszyscy twierdzili że był bardzo krótki. Mogliśmy grać dużo dłużej, ale mamy świadomość że nasza muzyka jest trudna. Lepiej zostawić trochę niedosytu niż słuchaczy zmęczyć. Nasze sesje nagraniowe trwają za to kilka godzin. Może w tym miejscu jeden komentarz do Twoich recenzji naszych płyty i koncertu. Kilkakrotnie zaznaczałeś w nich, że nasza , muzyka jest improwizowana, ale i tu cytuję z pamięci: „z pewnością coś jest wcześniej ustalone, przynajmniej w zakresie kolejności naszkicowanych zaledwie kompozycji i miejsca na partie solowe”. Otóż Rafale – nic nie jest ustalone. Jedynym ustaleniem przed koncertem w CSW było to że zaczynam na EWI i to że mam prawo do zatrzymania akcji każdego z muzyków.  Pełniłem role superwajzora który mógł sterować napięciami muzycznymi. I to wszystko. Z moich uprawnień skorzystałem trzy razy. Muzyka płynęła, partie solowe były konsekwencją wydarzeń na scenie. 

The Intuition Orchestra. Od lewej: Bolek Błaszczyk, Grażyna Auguścik, Jacek Alka, Rys Wojciul i nieco schowany Zdzisław Piernik
Zdzisław Piernik i jego niezwykłe trąby




Bolek Błaszczyk


Kluczem do sukcesu, oprócz togo o czym mówiłem wcześnie, czyli naszej historii jest jeszcze umiejętność wzajemnego słuchania – jako podstawa i swego rodzaju muzyczny altruizm. Nie ma w nas chęci brylowania indywidualnego, wirtuozowskim popisów. Chcemy wspólnie kreować muzykę i gości z takim podejściem i wrażliwością zapraszamy do naszych działań. Jestem zatem pewny że trasa koncertowa nie wpłynęła by na jakość grania, bo spontaniczność nie jest tu elementem determinującym.  Mogę jedynie wyrazić żal, że taka trasa nie odbędzie się, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Trudno jest nam w takim składzie zebrać się na scenie, głównie z powodu niezwykle zajętego kalendarza Bolka i Grażyny.

RG: Ja dzielę muzykę na tą, która mi się podoba i tą, od której trzymam się z daleka. Czasem czuję się nieco bardziej kompetentny niż inni i ośmielam się pisać o muzyce dobrej i tej nieco gorszej… Jednak słuchacze i rynek lubi szufladkować, to ludziom ułatwia wybór kolejnych płyt… Zawsze nowy album trzeba w sklepie postawić obok czegoś…. Jak nazwałbyś muzykę The Intuition Orchestra

RW: Jeśli chciałbyś abym umieścił ją w jakiejś określonej stylistyce to nie ma na to szans.  Nasza muzyka jest zawieszona gdzieś pomiędzy estetyką współczesnej muzyki klasycznej i free jazzu. Oczywiście zapraszani przez nas goście wpływają znacząco na przesunięcia w tę lub tamtą stronę. Tak jak powiedziałem wcześniej materiał nagrany wcześniej z gitarzystą jazzowym Marcinem Olakiem siłą rzeczy ma więcej odniesień do jazzu niż klasyki. Grając wspólnie z Grażyna Auguścik – wokalistą o szerokich możliwościach i niezwykłych muzycznych horyzontach, a jednocześnie z ikoną polskiej awangardy klasycznej – Zdzisławem Piernikiem uzyskujemy balans idealny, a jednocześnie najtrudniejszy do zdefiniowania. Bliżej nam do Stockhausena czy do Ornetta Colemana, a może do Antohonego Braxtona, albo Art. Ensemble of Chicago? Każdy może szukać analogii jakich chce. My gramy muzykę która nie udaje czegoś. Jest wypadkową naszych doświadczeń, wiedzy i erudycji muzycznej. Gramy muzykę która jest w najszczerszy sposób nasza własna.

RG: O ostatnim koncercie The Intuition Orchestra z Grażyną Auguścik i Zdzisławem Piernikiem pisaliśmy w numerze kwietniowym. Pamiętam, że na koncercie było sporo kamer… Będzie DVD?

RW: Koncert nagraliśmy w sposób niezwykle profesjonalny. Już lada dzień film będzie zmontowany i gotowy do eksploatacji. Co z nim możemy zrobić? Wyemitować w TVP Kultura, może uda się wydać na DVD bo pierwszą propozycję już dostaliśmy. Film zamierzam wysłać na kilka festiwali muzyki intuicyjnej na których chcielibyśmy zagrać.

RG: Planujecie jakieś kolejne przedsięwzięcia?

RW: Następną sesją nagraniową zorganizujemy jesienią. Chcieliśmy zaprosić na nią Andrzeja Przybielskiego…….ale nie zdążyliśmy. Znakomicie współpracuje nam się z Zdzisławem Piernikiem i z Grażyną Auguścik. Chcielibyśmy ten skład eksploatować jeszcze w miarę możliwości na koncertach.

RG: Z kim chcielibyście zagrać, gdyby nie było ograniczeń budżetowych i kontraktowych?

RW: Jak widzisz długo się nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiam i mam kłopot. Zapraszając na sesję Grażynę i Zdzisława myślałem o symbolicznym  połączeniu świat jazzu i klasyki, myślałem połączeniu niskiego tonu tuby z wysokim głosem żeńskim. Znając twórczość naszych gości byłem przekonany również, że będą oni potrafili wejść płynnie w nasz meta język muzyczny i sposób myślenia. Jeśli teraz miałbym CI wymienić jakieś nazwisko wielkiej gwiazdy to zrobiłbym to mechanicznie bez konkretnego pomysłu co obecność takiej osoby wniosłaby do  The Intuition Orchestry.  Dla nas ważne jest to aby grać wspólnie, a nie grać z kimś i dlatego takie personalne  wybory muszą być bardzo przemyślane.

RG:  Jesteś rodzajem człowieka renesansu… Twoja działalność  to nie tylko aktywne muzykowanie. Jesteś też managerem kilku muzyków, producentem, dziennikarzem muzycznym, człowiekiem radia, fachowcem od marketingu muzycznego…

RW: Dziękuję Ci bardzo za ten renesans. Staram się po prostu być aktywny i realizować się w tych dziedzinach na których się znam. Rzeczywiście mój Artobus to dziś głównie menagement. „Opiekuje się” Grażyną Auguścik – z którą poznałem się przy realizacji płyty Fromm, a także zespołem Bester Quartet – dawniej Crakow Klezmer Band.  Odkąd zająłem się tą robotą na pełny etat otrzymuję całą masę nowych propozycji. Niektóre są bardzo interesujące. Artyści szukają ludzi którzy potrafili by nadać ich karierom rozpędu. Rynek jest trudny, współczesne czasy nie sprzyjają ambitnym twórcom. Staram się im pomagać. Po za tym od lat konsekwentnie próbuję popularyzować i promować moją ukochaną muzykę  - czyli jazz. Ta samozwańcza „misja” zatrzymała mnie przy mikrofonie radiowym. W Tok FM, którego w dawnych czasach byłem szefem, w każdą sobotę wieczorem siadam za mikrofonem by w audycji WWWJAZZ poopowiadać o jazzie.  Dwa lata temu udało mi się w końcu doprowadzić do wydania serii dwudziestu płyty – Giganci Jazzu przedstawiających sylwetki najwybitniejszych twórców i historię jazzu. Jako dziennikarz wykraczam jednak także po za jazz. Wydawnictwo MTJ od kilkunastu miesięcy wydaje przygotowywaną przeze mnie serią płyt z książeczkami pod tytułem – Polskie Single – gdzie piszę o historii polskich piosenek i ich twórców. W ubiegłym roku natomiast spędziłem kilka miesięcy pisząc historię muzyki – mam na myśli muzykę klasyczną – bo przecież jestem dyplomowanym muzykologiem.

RG: Teraz nieco z innej beczki, ale lubię to pytanie zadawać, często wychodzi z tego coś fajnego… Jaką muzykę masz w swoim Ipodzie?

RW: Może Cię zaskoczę, ale nie mam Ipoda. Jeśli chodzi o słuchanie muzyki jestem konserwatystą. Jestem kolekcjonerem płyt. Moja jazzowa płytoteka liczy kilka tysięcy pozycji. Płyta jest dla mnie zamkniętym i gotowym dziełem z którym staram się obcować. Lubię mieć płytę w ręku, przeczytać i powąchać książeczkę, lubię dźwięk płynący z dużych głośników. Nie lubię natomiast słuchać muzyki w biegu i w złych warunkach akustycznych. Jeśli to robię to nie jest to prawdziwe słuchanie tylko uzupełnianie dźwięków otaczającego świata, dźwięków która za często stają się po prostu kakafonią. Jeśli zaś zadałbyś mi pytanie czego słucham to najwięcej jazzu – ze względu na audycje i duże ilości płyt z którymi się musze zapoznać. Jeśli starcza mi czasu to równie chętnie sięgam po muzykę rockową jak i klasyczną – tę współczesną i tę dawną. Jednym słowem słucham wszystkiego co jest dla mnie ciekawe nie dzieląc muzykę na gatunki, tylko na to czy jest dobra czy zła. A zła potrafi być wszędzie i na tę szkoda życia.

RG: Jesteś też managerem kilku artystów i zespołów. To jak znajdujesz na to wszystko czas, to pewnie tajemnica biznesowa. Opowiedz proszę o tym co się dzieje u Grażyny Auguścik i innych Twoich podopiecznych…

RW:W marcu zagraliśmy z Grażyną trasę koncertową promującą płytę The Beatles Nova. Przed nami teraz kolejne duże wyzwania. Staram się wprowadzić Grażynę na rynek europejski. Pracujemy na premierą nowej – niezwykle ciekawej płyty – nagranie z amerykańskim zespołem. Na płycie znalazły się piosenki Nicka Drake’a – angielskiego barda który zmarł w roku 1973. Płyta znakomita, ale i trudna w realizacji w Polsce. Jak tu przy tak małych środka przeznaczanych na kulturę zorganizować trasę koncertową pięciu amerykańskich muzyków? Grażyna rozpoczęła również pracę nad nowym materiałem z amerykańskim gitarzystą Johnem McLeanem. Cały czas nie nagrała jeszcze genialnego projektu Chopinowskiego którym zaczarował publiczność w Chicago w roku 2010. A z Bester Quartet szykuje premierę ich nowej – pierwszej od pięciu lat  płyty – którą wyda wytwórnia Johna Zorna – Tzadik. Płyta ukaże się w lipcu i jak się zapewne domyślasz trzeba zorganizować promocję i koncerty. Pracy jest więc dużo.

RG: Znajdujesz czas, żeby ćwiczyć, saksofon wymaga dość stałego doskonalenia techniki?

RW: Ćwiczę głównie na klarnecie basowym, bowiem jest to dla mnie nowy instrument. Kupiłem go przed sesją Fromm, czyli w roku 2010. Cały czas z nim walczę bo jest, delikatnie mówiąc  bardzo niedoskonale wykonany. Tak naprawdę ćwiczę intensywnie na kilaka tygodni przed jakimś muzycznym wyzwaniem. W moim przypadku jest to kwestia uzyskania odpowiedniej kondycji mięśni ust i rozruszania placów. Nie mam z tym jednak większych problemów. Dałem radę wrócić do grania po niemal dziesięciu latach przerwy, to dziś kilkutygodniowe przestoje w ćwiczeniu nie wpływają na moją biegłość. Najwięcej gram latem kiedy przenoszę moje studio do domu na Mazurach i wtedy ćwiczę cały czas.

Rys Wojciul




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Bester Quartet


Szanowni wielbiciele muzyki – znakomicie skomponowanej i zaaranżowanej,  wirtuozowsko zagranej. Nowojorska wytwórnia Tzadik - Johna Zorna wydała właśnie płytę krakowskiego zespołu Bester Quartet – Metamorphoses.

 
Bester Quartet  tworzą czterej wybitni instrumentaliści, wykształceni muzycy klasyczni. Charakterystyczną cechą zespołu jest wykonawstwo muzyki o szerokim przekroju stylistycznym, w którym zasymilowane zostały wybrane elementy muzyki klasycznej, jazzowej, awangardowej oraz dokonania współczesnej kameralistyki, gdzie  fundamentem do budowania niepowtarzalnych form instrumentalnych jest improwizacja.

Bester Quartet jest nowym obliczem legendarnego The Cracow Klezmer Band, który powstał w 1997 roku w Krakowie z inicjatywy kompozytora i akordeonisty Jarosława Bestera. Za sprawą wypracowania oryginalnego, odważnego artystycznie repertuaru, opartego głównie na kompozycjach własnych lub też przygotowanych specjalnie dla tego składu instrumentalnego, zespół zdobył uznanie krytyki muzycznej,  i publiczności na całym świecie. Bester Quartet dokonał niezliczonej ilości nagrań dla stacji telewizyjnych i radiowych, a także współpracował w wieloma wybitnymi artystami szeroko rozumianej muzyki jazzowej, klezmerskiej i awangardowej: John Zorn, Tomasz Stańko, Grażyna Auguścik, John McLean, Don Byron, Frank London, Jorgos Skolias, Aaron Alexander, Ireneusz Socha i inni. Zespół koncertował w wielu prestiżowych salach oraz klubach muzycznych, m.in. w Polsce, USA, Wielkiej Brytanii, Tajwanie, Czechach, Finlandii, Włoszech, Estonii, Francji, Ukrainie, Węgrzech, Szwecji, Szwajcarii, Austrii, Belgii, Holandii, Niemczech oraz Kanadzie. Owocem wieloletniej współpracy z niezwykle prestiżową nowojorską wytwórnią Tzadik Johna Zorna jest wydanie jak dotąd siedmiu albumów zespołu:

1. De Profundis
2. The Warriors
3. Bereshit
4. Sanatorium under the Sign of the Hourglass
5. Balan
6. Remembrance
7. Metamorphoses

Od dwóch lat Bester Quartet występuje w składzie: 

Jarosław Bester - bayan
Jarosław Tyrała - skrzypce
Oleg Dyyak - bayan, klarnet, duduk, instrumenty perkusyjne
Mikołaj Pospieszalski - kontrabas

Gościem specjalnym na płycie Metamorphoses jeta trębacz Tomasz Ziętek


Metamorphoses   - to wirtuozerskie utwory oparte na klasycznych formach kompozycyjnych
z uwzględnieniem  improwizacji. To tematy muzyczne przepełnione  nostalgią oraz charakterystyczną dla Bester Quartet miękkością barw i niepowtarzalnym klimatem.

Metamorphoses   - to  dziesięć  utworów - nieprzewidywalnych, intrygujących,  zaskakujących, a nade wszystko  oryginalnych, wykonanych z niezwykłą precyzją...

Płyta została nagrana przez jednego z najwybitniejszych Polskich inżynierów dźwięku Tadeusza Mieczkowskiego  w Studio Preisnera w Niepołomicach pod Krakowem.

A to wolne tłumaczenie oryginalnej notki zamieszczonej na płycie:
 
Od 1997 roku filar awangardowego projektu Radical Jewish Culture i jedna z najbardziej uznawanych grup muzycznego nurtu New Jewish Renaissance – Bester Quartet (znany poprzednio jako The Cracow Klezmer Band) wydał już sześć mistrzowskich albumów z gatunku nowej żydowskiej muzyki w nowojorskiej wytwórni Tzadik. Zespół rozpoznawalny poprzez swój wirtuozerski i odważny artystycznie repertuar zawsze odbierany w kategoriach muzyki najwyższej klasy, koncertował w wielu prestiżowych miejscach na świecie. Jego najnowsza płyta reprezentuje najwyższe osiągnięcia w dziedzinie kompozycji, łączy dramatyczne brzmienie, klasyczną precyzję oraz zafascynowanie improwizacją z żydowską tradycją.

Serdecznie zapraszam do słuchania i już wkrótce na koncerty.

piątek, 27 lipca 2012

AKIKO w Polsce

Gdzieś w kwietniu otrzymałem pytanie czy nie zachciałbym pomóc w zorganizowaniu pobytu w Polsce japońskiej wokalistce jazzowej Akiko. Chodziło o zorganizowanie kilku koncertów i znalezienie dobrego zespołu z którym mogłaby zaśpiewać. Znalezienie muzyków nie sprawiło kłopotu. Od razu pomyślałem o gitarzyście Marcinie Olaku. Gorzej było z koncertami. W wakacje życie klubowe zamiera.Dodatkowo strefy kibica w większości miast wydrenowały skutecznie lokalne budżety, czego efektem jest brak pieniędzy na kulturę właściwie do końca roku. Udało się zorganizować zatem tylko dwa występy Akiko - na festiwalu Jazz na Buduku i w poznańskim klubie Pod Pretekstem.

Kim jest Akiko, co śpiewa i co robiła w Polsce?

Najpierw krótka notka biograficzna i trochę linków:


AKIKO - w jej repertuarze znajdziemy ponad  500 standardów jazzowych, ale Akiko jest śpiewaczką niezwykle uniwersalną. Niemal każda jej płyta to eksploracja innego muzycznego stylu.

Pracowała ze znakomitymi  producentami  - Swing Out Sister, Tatsuo Sunaga, Yasuharu Konisi (ex:Pizzicato Five), Bugge Wesseltoft (Jazzland).

Swoje nagrania realizowała także po za Japonią - w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Rio de Janeiro i Oslo.

Akiko jest także sama  cenioną producentką , autorką piosenek.  Pracując nad swoimi płytami  z wielką starannością dba o każdy element począwszy na doborze piosenek a kończąc na szacie graficznej.  

Akiko kreuje swój własny styl,  jest niezwykle intrygującą reprezentantką  nowej ery japońskiego jazzu.

 http://akiko-jazz.com/                                        


 Akiko czerwiec spędziła w Europie. Tuż przed przylotem do Polski grałą koncert w Kopenhadze wspólnie z jej koleżanką = klasyczną pianistką Yuką. Yuka studia pianistyczne ukończyła.......w Warszawie na Akademii Muzycznej i to właśnie Yuka chciała pokazać Akiko kraj w którym studiowała.

Na zdjęciu poniżej Akiko i Yuka i .......Syrenka na starym mieście w Warszawie. 

 

Na festiwal Jazz Na Buduku zostało zaproszone Trio Marcina Olaka. Marcin zaproponował organizatorom aby rozszerzyć koncert jego zespołu o występ Akiko. 

Teraz wypada dodać notkę o Marcinie:

Marcin Olak -  jest jednym z ciekawszych gitarzystów na polskiej scenie jazzowej. Jako jeden z nielicznych gra jazz na gitarze klasycznej i akustycznej, wykorzystując specyficzne możliwości brzmieniowe i artykulacyjne tych instrumentów; czasem sięga też po gitarę elektryczną. Chętnie porusza się na pograniczu różnych stylistyk: między jazzem a muzyka współczesną, między formą zamkniętą a improwizowaną. Koncertuje i nagrywa solo i w zespołach: od formacji free - jazzowych, poprzez orkiestrę symfoniczną, aż do klasycznych zespołów kameralnych. Na szczególną uwagę zasługuje jego autorski projekt, Marcin Olak Trio, zdobywający uznanie coraz to szerszej publiczności. Marcin także aranżuje i komponuje: jest autorem utworów kameralnych, tematów jazzowych i piosenek, nie stroni także od większych form. 
Jazz na Buduku śmiało można nazwać imprezą magiczną. Odbywa się już od dziewięciu lat w gajówce Buduk na pograniczu Polski-Litewskim.. Organizatorem jest Nadleśnictwo Głęboki Bród i Ośrodek "Pogranicze - sztuk, kultur,narodów w Sejnach. Koncerty odbywają się na podwórzu Gajówki, a estradą jset.........stodoła, co widać poniżej.



Gościem tegorocznej imprezy był Prezydent Bronisław Komorowski, którego zamiłowanie do lasów i polowań jest powszechnie znane. Ciekawe co pomyślała sobie Akiko, kiedy nagle przed koncertem przedstawiona została Prezydentowi naszego kraju i ucięła sobie miłą pogawędkę z Pierwszą Damą


Jak widzicie Akiko zaprezentowała się w tradycyjnym japońskim stroju wzbudzając powszechne zainteresowanie, również mediów. Przyznacie, że w swoim kimonie na polanie leśniczówki wygląda niesamowicie.




Koncert był znakomity, a zespół w składzie Akiko, Marcin Olak, Maciek Szczyciński i Krzysztof Szmańda bisował kilkakrotnie.

 

Próby i koncert w dość chłodny wieczór sprawiły że następnego dnia Akiko miała problem z głosem. Martwiliśmy się bardzo bo następnego dnia trzeba było ruszać do Poznania. Nasze obawy były jednak niepotrzebne. Akiko się wyleczyła, a koncert w klubie Pod Pretekstem zaczarował publiczność. Tu również w pierwszej części Akiko wystąpiła w stroju tradycyjnym.




Przed częścią drugą przebrała się w piękną czarną suknie. Na bis zaśpiewała po japońsku Oczi czornyje wywołując entuzjazm publiczności, który ukoiła piękną i nastrojową ludową piosenką japońską.



Dwa dni po koncercie w Poznaniu Akiko wróciła do Japonii. Ja natomiast już intensywnie myślę nad jej prawdziwą trasą koncertową po Polsce i Europie na wiosnę przyszłego roku 


wtorek, 3 kwietnia 2012

O duszo wszelka - w radiu i na youtube

Wielki Tydzień. Ostatnie dni w roku w których w kościołach wykonuje się pieśni wielkopostne. W domach się ich nie śpiewa.....no chyba że u kogoś jest taka tradycja. Do domu polecam moją płytę "O duszo wszelka". Mówiłem o niej dziś na antenie radiowej jedynki. Przeglądając zapowiedź audycji na radiowym portalu trafiłem na dwie piosenki z mojej płyty umieszczone przez kogoś na youtube.

 "Wiatr w przelocie" w wykonaniu Iwony Loranc



"Gorzkie żale" zaśpiewane przez Kasię Groniec.



Nie są to teledyski - ot ścieżka dźwiękowa z płyty - i ładne zdjęcia obu dziewczyn.
Warto dodać że oprócz Kasi i Iwony usłyszycie tu znakomicie śpiewający kwartet wokalny Il Canto Minore



wtorek, 27 marca 2012

O duszo wszelka



Kiedy w roku 2004 postanowiłem zakończyć moją przygodę z wielką korporacją medialną wiedziałem że chcę wrócić do zajmowania się muzyką. Nie miałem konkretnych pomysłów, więc zacząłem zastanawiać się od czego by tu zacząć.Lata spędzone na kierowniczym stołku w firmie nastawionej na zysk przyzwyczaiły mnie do myślenia rynkowego.Szukałem tematu atrakcyjnego artystycznie i jeszcze nie wyeksploatowanego. Temat polskich pieśni wielkopostnych wydał mi się idealnie spełniającym założone kryteria. Pieśni piękne, śpiewane w kościele, ale rzadko nagrywane. Omijane przez artystów z obawy przed tematyką śmierci Jezusa, z obawy przed wkraczaniem w sferę sacrum, gdzie łatwo wpaść w pułapkę banału, albo otrzeć się  o profanację.

W roku 2005 przystąpiłem do pracy, która trwała niemal dwa lata. Do nagrani zatrudniłem znakomitych artystów. Oto lista:


Śpiewają:

Katarzyna Groniec 
Iwona Loranc         
Mariusz Lubomski  
Kwartet wokalny Il Canto Minore w składzie:
Wanda Laddy - sopran
Marta Lawrence – alt
Sławomir Łobaczewski - tenor
Michał Straszewski - Bas

Grają:

Ryszard Wojciul – syntezatory, samplery, fortepian, saksofon, EWI,
Wojciech Pulcyn – kontrabas
Jarosław Kisiński – gitara
Paweł Iwaszkiewicz – bombardy, flety
Wanda Laddy – hrotta
Paweł Muzyka – viola da gamba, Fidel
Jakub Gawlik – akordeon

 
W lutym 2007 roku nakładem firmy Universal  ukazała się płyta "O duszo wszelka". W pięknej książeczce znalazły się freski drogi krzyżowej autorstwa znakomitego Franka Maśluszczaka



Recenzje były rewelacyjne. Oto ich drobna garść :

 
Fragment recenzji Roberta Sankowskiego z Gazety Wyborczej

„Wolnej od komercyjnego kontekstu ekipie realizującej płytę "O duszo wszelka" udała się rzecz niezwykła - stworzyła dzieło nowoczesne, ale mocno osadzone w tradycji. Pozbawione nachalnego skrzywienia marketingowego, ale przystępne. Wymagające skupienia i ambitne, ale przyjazne także dla nieco mniej wyrobionego słuchacza.
 
Znamy te utwory. W nowych aranżacjach Ryszarda Wojciula czasem zaskakują, ale to przecież wciąż pieśni, które można usłyszeć na nabożeństwach wielkopostnych. Tutaj nabierają jednak nowego wymiaru i szczególnego oddechu. Wciąż przesycone są sakralnym klimatem, ale nabiera on uniwersalnego, związanego już nie tylko z Wielkim Postem wymiaru. Zarazem stają się jakby trochę bliższe temu paradygmatowi, jakim operuje współczesna, przecież mocno zdesakralizowana kultura. Przemawiają nowoczesnym, niekojarzącym się z klimatem kościelnego nabożeństwa językiem.

Duża w tym zasługa intrygujących interpretacji Katarzyny Groniec, Iwony Loranc, Mariusza Lubomskiego i kwartetu Il Canto Minore. A także aranżacji. Niby oszczędnych, zachowujących gdzieś pierwotną surowość kompozycji, a jednocześnie nieortodoksyjnych, wplatających w nie elementy bliskowschodniej muzyki etnicznej ("Ludu mój ludu"), muzyki dawnej ("Krzyżu święty", "Ogrodzie oliwny") czy jak najbardziej współczesnego elektronicznego ambientu czy nawet trip hopu ("Przystąpcie bliżej"). Posłuchajmy, jak wspaniale rozwijają się "W krzyżu cierpienie" czy "O duszo wszelka".

Trudno im nie ulec, bo to bardzo mistyczne i - co tu dużo mówić - piękne wersje.”

Fragment recenzji Marka Duszy z Rzeczpospolitej:

Album „O duszo wszelka może stać się okazją do swoistych muzycznych rekolekcji. Z pewnością odkrywa ogromny potencjał artystyczny naszych pieśni wielkopostnych.


Fragment recenzji Jarka Szybracha z portalu ONET.PL:

„Z tym większą radością witam album zatytułowany "O duszo wszelka", choć jego zawartość z radością wiele wspólnego nie ma - to molowe pieśni wielkopostne, pełne smutku i bólu. Łatwo przy ich interpretacji popaść w emfazę, łatwo zapędzić się w katatoniczne utyskiwanie i jednowymiarowe muzyczne ponuractwo. Na szczęście ekipa dowodzona przez Ryszarda Wojciula (wiele lat temu muzyka Róż Europy i Sztywnego Pala Azji, później zajmującego się m.in. muzyką współczesną) ominęła wszystkie mielizny, każdej z pieśni nadając nowy wymiar. Każda bowiem została tu potraktowana indywidualnie, a jej aranżacja i instrumentacja nie zostały podporządkowane jakiejś wydumanej, z góry narzuconej koncepcji, lecz w naturalny sposób wypływają z nut i emocji w nich zawartych. Niech więc was nie zdziwią dźwięki muzyki dawnej sąsiadujące z nowoczesną elektroniką, niech nie zaskoczy was jazz płynnie przechodzący w wysmakowaną world music spod znaku Dead Can Dance czy Madredeus. Paradoksalnie, tak szeroki wachlarz środków artystycznych nie zaszkodził spójności "O duszo wszelka", bo charakter owych pieśni - m.in. "Gorzkich żalów", "Ludu, mój ludu", "Wisi na krzyżu" - nie pozwala na zbytnie folgowanie eksperymentatorskim zapędom, wymaga dyscypliny i rozwagi. Mamy więc do czynienia z interpretacjami odważnymi, ale poważnymi i jeśli Wojciul wywraca do góry nogami tradycyjne aranżacje, nie robi tego, by popisać się wyobraźnią, ale by podkreślić naturalne piękno kompozycji.”

Fragment recenzji Piotra Iwickiego z Gazety Wyborczej:

„płyta zdumiewa klimatem i genialnym połączeniem tradycyjnych pieśni wielkopostnych z konwencją estetyki Etno & Word music. Mamy więc ludzki głos, wyśpiewane stylowo, powściągliwie frazy starych polskich pieśni, ale też oprawę syntezatorów i samplingu, sprawnie przełamaną naturalnym akustycznym brzmieniem bombard, fletów, violi da gamba i gitary. Reasumując znakomita płyta, być może przełamująca pewne artystyczne tabu.


Przyznacie, że to co przeczytałem mogło połaskotać moje ego. Plany miałem wielkie. Szykowałem serię koncertów w salach filharmonii. Wynająłem profesjonalnych handlowców którzy szukali finansowania. Okazało się jednak, że w naszym katolickim kraju temat ten nikogo nie interesuje.Sam wynająłem salę Filharmonii Narodowej, zebrałem i opłaciłem zespół. Wydatek był spory bo na scenie było osiemnastu muzyków. Patronat nad koncertem objęli - ówczesny Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Michał Ujazdowski i Marszałek Województwa Mazowieckiego - Adam Struzik (od którego urzędu dostałem jedyną dotację finansową). Koncert zakończył się owacja  na stojąco. Powtórzyliśmy go jeszcze kilka dni później w Studiu Agnieszki Osieckiej w Trójce i ......... tyle. Sprzedało się około 4 i pół tysiąca płyt.

Dziś po pięciu latach wytwórnia MTJ wprowadziła na rynek reedycję płyty. Więc jeśli jej jeszcze nie znacie to czym prędzej kupujcie. Jest bowiem niezastąpiona w tworzeniu pięknej atmosfery zbliżającego się szybko Wielkiego Tygodnia.

środa, 22 lutego 2012

Garść znakomitych recenzji


Od premiery płyty "The Beatles Nova" Grażyny Auguścik i Paulinho Garcii minęły trzy miesiące. Ukazało się kilka znakomitych recenzji. Ot wybrane fragmenty:

 
„ Wobec tej płyty jestem zupełnie bezsilny. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, choć zanim posłuchałem płyty usłyszałem ten materiał na żywo. Grażyna Auguścik i Paulinho Garcia grają piosenki z tej płyty we dwoje, bez udziału pozostałych muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu płyty. Nie wiem, która wersja jest lepsza. Na koncercie muzycy brzmią w sposób niezwykły. To magiczne porozumienie dwojga ludzi, którzy są jednym instrumentem. Ich głosy splatają się zbliżając się do siebie i oddalając dokładnie tak jak trzeba i wtedy kiedy trzeba. (…) Dwa głosy i gitara w zupełności wystarczają do pokazania tego, co artyści widzą w kompozycjach spółki John Lennon i Paul McCartney. Wydawać by się mogło, że na temat znanych z repertuaru The Beatles przebojów powiedziano już wszystko. Tak jednak nie jest. Nie byłem do tej płyty początkowo nastawiony jakoś szczególnie entuzjastycznie. Po poniedziałkowym koncercie już jestem zwyczajnie oczarowany. To bardzo proste, czasem wręcz zaskakująco uproszczone podejście do melodii, które wszyscy znamy. (…)
Magiczne porozumienie dwojga wokalistów, nie może wynikać jedynie z tego, że grają razem od wielu lat. To musi być jakaś nieokreślona magia. Nie wiem i wiedzieć nie chcę, ile scenicznej spontaniczności i emocji wynika z aranżacji, a ile rodzi się na scenie. Faktem jest, że głosy Paulinho i Grażyny splatają się ze sobą w sposób zdumiewający, nieprawdopodobny i niespotykany. (…) Ta muzyka to magia nastroju, brzmienia, każdego dźwięku, to wydarzenie zupełnie niezwykłe, nie poddające się standardowemu warsztatowi recenzenta”
Rafał Garszczyński (Radio Jazz, Jazzpress)

„ Muzycy poznali się w Chicago przed 15 laty i od tej pory ich muzyczne poczynania połączyły się tworząc doskonały tandem okrzyknięty przez wielu krytyków najciekawszym jazzowym duetem wokalnym ostatnich lat. Współbrzmienie harmonii wokalnych piosenkarki i brazylijskiego gitarzysty akompaniującego im obojgu wytwarza niezwykle ciepły i intymny wręcz klimat będący wypadkową południowego temperamentu Garcii i słowiańskiej duszy Pani Grażyny. (…) Już od pierwszych dźwięków otwierającego płytę: ''When I'm 64'' słychać iż mamy do czynienia z wyjątkowym i nowatorskim podejściem do tak znanych nam od lat kompozycji. Jakże trudno zaskoczyć słuchacza czymś świeżym w odniesieniu do utworów The Beatles, przekonało się przez lata całe wielu artystów próbujących tego dokonać. Tymczasem Auguścik i Garcia odkrywają w estetyce samby i bossa novy zupełnie inny potencjał ukryty w tych tak prostych przecież melodiach. (….)  To płyta, która obowiązkowo powinna znaleźć się w płytotece fana The Beatles, jako przykład doskonałej transkrypcji na najwyższym światowym poziomie. To płyta dla miłośników brazylijskich brzmień, miłośników jazzu, miłośników pięknych melodii... To jedna z niewielu pozycji fonograficznych ostatnich lat, która plasując się na najwyższym z możliwych poziomie artystycznym, mogącym zaspokoić gusta niezwykle wymagającego słuchacza -jest jednocześnie płytą niezwykle przystępną i przyswajalną.  ''The Beatles Nova'' sprawdzi się zarówno podczas kontemplacyjnego słuchania jak i jako niezobowiązujące tło muzyczne. Strzał w dziesiątkę!”
Longplay recenzje.blog

Jeśli przymknąć oczy, zapomnieć, że Grażyna jest „nasza” to słychać tutaj wszystko: i swingujący balsam jej głosu, najsubtelniejsze akordy oraz biegnące niczym ogniki wirtuozerskie nutki gitary. Ale także powiew najprzedniejszej, doskonałej wokalistyki. To, że ogranej znanymi przebojami – nie szkodzi. Może właśnie takiej płyty potrzebowała i Grażyna i …my ! To jest Nasza Grażyna, którą prawdziwą karierą rozgrywa między Chicago a startym krajem.
Dionizy Piątkowski


„ Ciemna, nastrojowa, teatralna scena spowita dyskretnym światłem reflektorów. Dwa mikrofony, dwa krzesła i nic więcej. Punktualnie na scenę wchodzi Grażyna Auguścik w asyście jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki brazylijskiej Paulinho Garcii. Od jego pierwszych nut wygranych na gitarze z miejsca przenosimy się w odległe upalne zakątki świata, czujemy namacalnie zbawienną bryzę od morza i leniwie sączący się czas. Trudno się tej muzyce nie poddać. Ona wibruje, głaszcze, zmysłowo szepce. A delikatny głos Auguścik tylko tę pieszczotę podbija. I tak przez dwie godziny, ani chwili oddechu. (…)
„The Beatles Nova” to już trzecia wspólnie nagrana płyta przez ten duet. Ta wieloletnia współpraca zaowocowała perfekcyjną harmonią, niebywałym porozumieniem i otwartością na siebie. Są jak jeden organizm, który śpiewa jednym głosem. Nawet wtedy, gdy śpiewają na przemian, fraza wyśpiewana przez Auguścik płynnie przechodzi we frazę Garcii. Jedno jest czułe na drugie, reaguje na siebie. (…)  Publiczność była ukontentowana. Dostała dokładnie to na co liczyła. Było lirycznie, nostalgicznie, leniwie i przede wszystkim bardzo ciepło. Idealny wprost zestaw na chłodne jesienne dni i nadchodzącą zimę”
Beata Wach (Jazzarium)

Do rozpoczęcia marcowej trasy koncertowej pozostało juz tylko kilka dni.

Zapraszamy na koncerty 

poniedziałek, 13 lutego 2012

Grażyna Auguścik, Paulinho Garcia - When I'm 64


Oglądajcie i podziwiajcie piękny animowany teledysk do piosenki "When I'm 64" z płyty "The Beatles Nova" Grażyny Auguścik i Paulino Garcii, zrealizowany przez genialnego Piotra Piotrowskiego 


http://www.youtube.com/thebeatlesnova


wtorek, 7 lutego 2012

Legendarne Ząbki - pierwsza recenzja

Rafał Garszczyński na swoim blogu napisał pierwszą recenzję - Legendarnych Ząbek.


http://www.subiektywnydziennikmuzyczny.blogspot.com/2012/02/intuition-orchestra-legendarne-zabki.html


Jestem dumny, wzruszony i zaskoczony......... Zawsze  człowiek się trochę dziwi jak czyta takie rzeczy o swojej muzyce....

poniedziałek, 6 lutego 2012

Grażyna Auguścik i Paulinho Garcia - trasa koncertowa The Beatles Nova - marzec 2012



Już za niespełna miesiąc ruszamy w kolejna trasę koncertową z Grażyną Auguścik i Paulinho Garcią.

Trasa wygląda tak:


2 marca – EMPIK Junior w Warszawie – spotkanie z fanami i mini recital - g.18:00
3 marca - Warszawa – Och-Teatr  - g. 19:30
4 marca - Opole – Narodowe Centrum Polskiej Piosenki  - Sala Kameralna - g. 20:00
5 marca – Wrocław – Etno Jazz Festiwal – Synagoga pod Białym Bocianem – g. 19:00
6 marca - Bratysława – Sala Kameralna Radia Bratysława 
7 marca - Praga - Klub Jazz Time – g. 21:00
8 marca - Świdnica  - 19 Międzynarodowe Noce Jazzowe – Klub Bolko – g. 19:30
9 marca - Ostrów Wielkopolski  - Kino Komeda – g.20:30
10 marca - Kazimierz Dolny - Dom Architekta SARP – g.19:00
12 marca - Poznań.- Klub Pod Pretekstem – g. 19:00
13 marca - Leszno  -  Centrum Kultury i sztuki – g.20:00
15 marca - Łódź – impreza zamknięta
16 marca - Radomsko - Sala Widowiskowa Miejskiego Domu Kultury g.19:00
17 marca - Mrągowo - Pensjonat Wileński g.19:00
.
Na koncertach usłyszycie głównie piosenki Beatlesów w brazylijskich aranżacjach z  płyty "The Beatles Nova", a także inne piękne utwory, również śpiewane po polsku.



Dodatkowo 14 marca  Grażyna zagra jako gość w koncercie zespołu - THE INTUITION ORCHESTRA -
w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski – Sala Laboratorium – godz.20:00. Ten - awangardowy, intuicyjny koncert  zagramy z okazji premiery płyty FROMM, o której napiszę już niebawem

środa, 1 lutego 2012

Legendarne Ząbki


Nakładem wytwórni Requiem ukazało się kolekcjonerskie wydanie projektu - Legendarne Ząbki..

 Oto kilka słów napisanych o Legendarnych Ząbkach przez jednego z nas - muzyków tej formacji - Bolka Błaszczyka:
:
"Legendarne Ząbki to zapis sesji nagraniowych efemerycznych formacji,  które w połowie lat 80-tych tworzyli Jacek Alka, Bolek Błaszczyk, Ryszard Wojciul i Robert Wyszyński i ich goście na warszawskiej Pradze i podwarszawskich Ząbkach. Jako adepci szkół muzycznych, przeczuwając czające się sidła rutyny, ocalili to, co było ich wewnętrznym ogniem – grupową improwizację. Publicznie wystąpili tylko raz - na dyplomowym recitalu Roberta w klasie perkusji w szkole muzycznej na Bednarskiej. Uszkodzony, poćwiartowany jazz, erupcje czystej energii free, cytaty z muzycznego renesansu, odniesienia do współczesnej klasyki, parodie, to efekty twórczego transu wkraczających wówczas w  pełnoletność muzyków.  Muzyka LZ nie jest ani trudna, ani niezrozumiała, stanowi wielobarwną mozaikę, zagraną odważnie i bez fałszywego zadęcia.

Na materię brzmieniową formacji składają się m.in.: perkusja (także automatyczna – radziecka), ksylofon, instrumenty dęte, wiolonczela, gitara basowa, polskie organy elektryczne, zabawki, sporadyczne taśmowe podkłady i spontaniczne akcje wokalne. Przed włączeniem zapisu muzycy niemal niczego nie ustalają, ale grając przeważnie dbają o zwartą formę i wyrazistość brzmienia. Starają się przy tym uwiecznić swe działania w możliwie profesjonalny sposób. Wykreowane dźwiękowe historie wytrzymały próbę czasu i radykalnie odcinają się na tle tego co najczęściej opatruje się pojęciem jazzowej czy rockowej ekstremy".

Właścicielem Reqiuem  jest Łukasz Pawlak. Prawdziwy pasjonat i człowiek niezwykły. Nie dość że wyszukuje i wydaje muzykę niszową, to jeszcze robi to w mistrzowski edytorsko sposób. Okładka Legendarnych Ząbek która widzicie na górze, to nie zwykłe CD. Format okładkowego kartonika ma wielkość dawnego analogowego singla. Całość  graficznie jest MAJSTERSZTYKIEM. Tak wygląda środek po rozłozeniu.



A tak tył





W środku jest książeczka w której oprócz archiwalnych zdjęć znalazły się teksty Bolka i moje - o naszym wspólnym graniu, jak również .dwa moje teksty literackie.


W jednym z tekstów opisałem moja droge do Legendarnych Ząbek i dalej....:

 "Zaczęło się od szkoły muzycznej i jazzu, który pokochałem będąc uczniem klasy szóstej. Zainteresowanie jazzem wśród nastolatków w latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych było rzadkością nawet w środowisku szkoły muzycznej. Nigdy nie odczułem na swojej skórze niechęci do muzyki improwizowanej wśród moich pedagogów zarówno w podstawówce, jak i w szkole średniej. Miałem szczęście, bo tępienie aspiracji  jazzowych  w czasie komuny stało się częścią biografii wielu muzyków. U mnie było odwrotnie. Mój nauczyciel od klarnetu – z podstawowej szkoły muzycznej w Warszawie przy ulicy Kawęczyńskiej, zaprosił mnie i kilku innych kolegów na próbę młodzieżowego big-bandu do MDK przy ulicy Łazienkowskiej. Dostałem do ręki saksofon, posadzono mnie przy pulpicie z nutami i od razu musiałem sobie radzić zarówno z nowym instrumentem jak i z nową muzyką. W big bandzie zakotwiczyłem na cztery lata. Grali w nim m.in. obecny trębacz Filharmonii Narodowej – Mariusz Niepiekło i kotlista Sinfonii Varsovii – Piotr Kostrzewa. W big bandzie nauczyłem się grać na saksofonie, ale nie było tam miejsca na improwizacje. Zresztą tylko jeden z nas – saksofonista Piotr Malak, grający później w latach osiemdziesiątych w zespole Israel potrafił improwizować i czasem dostawał do zagrania jakieś solóweczki. Pierwsze próby improwizacyjne zaliczyłem na pianinie, na przerwach w szkole. Oczywiście z jazzem nie miało to wiele wspólnego. Ot dzieciaki siadywały wspólnie przy klawiaturze i grały co było akurat modne. A modne było granie rock’n’rolla  i melodyjki z animowanego czeskiego filmu Spaflik i Spagetka.  Rosła jednak wokół naszej klasy fama improwizatorów i fanów jazzu. Na zakończenie roku szkolnego w siódmej klasie ( rok 1979) za bardzo dobre wyniki w grze na klarnecie dostałem w nagrodę najnowszą płytę Jana Ptaszyna Wróblewskiego!!! Na marginesie - całkiem niedawno podpisał mi się na niej sam Ptaszyn i trzymam tego analoga jak osobistą relikwię.
    Big Band przetrwał do stanu wojennego. 13 grudnia 1981 mieliśmy zagrać na finałowym koncercie Mokotowskiej  Jesieni Muzycznej w Teatrze Rozmaitości. Koncert rzecz jasna się nie odbył, a Big Band już nigdy więcej się nie zebrał. Pan Skrzypczak  wyjechał zarabiać walutę do NRF, a ja szukając miejsca do grania innej muzyki niż w szkole, wspólnie z moim kumplem z podstawówki Robertem Wyszyńskim poszliśmy do MDK na Łazienkowską. Spotkaliśmy tam nowego instruktora kółka muzycznego – Mirosława Bulicza. Był to przemiły starszy pan zakochany w jazzie. Staliśmy się szybko jego oczkiem w głowie, bo inni młodzieńcy przychodzili aby grać rocka, a my pilnie uczyliśmy się od niego skal, improwizacji - jazzu.  Na łazienkowskiej spędziliśmy w sumie około trzech lat. W zespole, który nazwaliśmy -  Deep Raver Jazz Band, grałem  na saksofonie altowym i klarnecie, Robert na fortepianie, a na perkusji nasz kolega z klasy -  Tomek Borowik. Brakowało nam basisty. Któregoś dnia dołączył do nas student z SGPiS, którego ani imienia ani nazwiska dziś nie pomnę.
   Lata osiemdziesiąte były czasem gdy w Polsce wybuchł rock, więc my grający jazz –  na wszelkich przeglądach na który nas posyłano byliśmy ewenementem. Po którymś z występów podeszła do nas pani z telewizji i zaprosiła do popularnego programu młodzieżowego 5-10-15. Formuła była taka, że młody zespól oceniany był przez zawodowców. My byliśmy w historii programu jedynym zespołem jazowym, a razem z nami zaproszony był Extra Ball - Jarosława śmietany. Byliśmy podekscytowani możliwością zagrania w telewizji, ale nie wszyscy. Nasz kolega basista odmówił. Program nagrywany był na początku 1983 roku. Stan wojenny jeszcze trwał. Basista zakomunikował nam, że  jest bojkot reżimowej telewizji i on nie może wystąpić bo będzie miał przechlapane na uczelni. Nie przyjmował naszej argumentacji, że przecież bojkot dotyczy  zawodowych artystów, głownie  aktorów. W efekcie na nagranie z kontrabasem przyszedł człowiek którego widzieliśmy pierwszy raz w życiu – Marek Wojtczak – późniejszy basista Zespołu Reprezentacyjnego. W telewizorze zaśpiewała z nami jeszcze pewne młoda wokalista – lecz jej imienia też nie pamiętam.  Nasz występ wzbudził uznanie kolegów i naszych nauczycieli, czego efektem były koncerty Deep Raver Jazz Bard w ogólniakach do których chodziliśmy, a nawet w sali koncertowej naszej starej muzycznej podstawówki. Na tym koncercie zagraliśmy już z innym perkusistą, również  naszym kumplem  z podstawówki z klasy o rok starszej -  Jackiem Alką, oraz dwoma młodszymi kolegami Bolkiem Błaszczykiem na wiolonczeli i Władkiem Zychem na trąbce. Bolek – wpadał czasem do nas na próby. Choć był od nas młodszy – o zgrozo – o trzy lata – to zwracał swoją uwagę nieprzeciętnym talentem muzycznym i otwartą głową. Bolek w pewnym momencie założył drugi skład pod okiem pana Bulicza, ale czasem oba zespoły  się mieszały.  Ostatnim utworem na naszej płycie jest właśnie nagranie z koncertu z Kawęczyńskiej. Prosty, ale dynamicznie zagrany blues o regularnej budowie. Gra z nami na saksofonie tenorowym również Bulicz, a na basie - Mariusz Kubicki.
    Rok 1984 był ostatnim rokiem współpracy z panem Buliczem. Stracił on etat w MDK. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy w sali jakiejś szkoły w której uczył, ale nasze drogi szybko się rozeszły. Bulicz był konserwatystą i nie mógł zaakceptować naszych coraz mocniejszych dążeń do uwolnienia się z krępujących więzów tradycyjnego jazzu.  Nie byliśmy zainteresowani już odgrywaniem standardów. Rozpoczęła się nasza droga poszukiwań własnych dźwięków, własnej estetyki. Interesował nas improwizacja nie ograniczona skalami, chorusami, konwencjami. Kochaliśmy muzykę współczesną i awangardę w sztucę. Animatorem różnych działań, nie zawsze muzycznych, był Bolek. W swoim archiwum mam taśmy z  rejestracją spotkań, na których nagrywaliśmy fragmenty tekstów losowo wybieranych z przypadkowych książek i pism i układających się w abstrakcyjne dialogi, mam zapis koncertu na trzy wiolonczele podczas której jedynym który potrafił na wiolonczeli grać był Bolek. Pamiętam sesje plastyczne w których robiliśmy collage z najróżniejszych przedmiotów, artystyczne periodyki które sami pisaliśmy i wydawaliśmy, nasze pierwsze wiersze i teksty literackie. Pamiętam noce dyskusje o filozofii. Jedna z takich  dyskusji zaowocowała sesją nagraniową w Ząbkach.
    W Ząbkach pod Warszawą mieszkał Robert. W budynku klubu sportowego mieścił się Dom Kultury. Najpierw Robert, a potem ja – byliśmy tam przez jakiś czas instruktorami muzycznymi. Dzięki temu mieliśmy dostęp do sali prób i sprzętu – który jak na tamte lata był imponujący. Świetne bębny, piece gitarowe, mikrofony. Akustyka sali była  straszna. Dźwięk niosło i odbijało od ścian, ale to okazało się naszym sprzymierzeńcem.
    Po raz pierwszy zarejestrowaliśmy wówczas muzykę w całości wyimprowizowaną. Tak powstały Legendarne Ząbki. Nagrania które złączyły nasze muzyczne dusze  mocnym, nierozerwalnym węzłem.  Nas trzech  - Bolka, Jacka i mnie. Choć od tych pierwszych nagrań minęło już ćwierć wieku, to idea wspólnego improwizowania jest dla nas ciągle żywa. Co kilka lat schodzimy się gramy.  W latach osiemdziesiątych w Ząbkach i domu u Jacka, w dziewięćdziesiątych w Warszawskiej Stodole i w Centrum Sztuki Współczesnej. Wreszcie, po najdłuższej przerwie, w nowym tysiącleciu w ramach nazwanej wreszcie grupy – The Intuition Orchestra realizując nagrania i koncertując  ze znakomitymi gośćmi – Zdzisławem Piernikiem, Grażyną Auguścik, Marcinem Krzyżanowskim, Piotrem Glińskim, Jackiem Malickim, Marcinem Olakiem, Maćkiem Szczycińskim, Mikim Wieleckim i innymi.
Legendarne Ząbki są zatem dokumentem głębokiej przeszłości, ale bądźcie czujni – The Intuition Orchestra istnieje i gra".




Wydanie Legendarnych Ząbek stało się  preludium do płyty - FROMM - The Intuition Orchestry, która pojawi się w sprzedaży na początku marca


Więcej szczegółów na temat tej płyty i koncertu The Intuition Orchestry (14 marca w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie) w nastepnych wpisach.

Dla zainteresowanych Legendarnymi Ząbkami - płytę będzie można kupić w sklepie internetowym - www.serpent.pl i na koncercie 14 marca