piątek, 24 sierpnia 2012

Zdjęcia po próbie w Ćwiczeniówce i historia gmachu Biblioteki Ordynacji Krasińskich

No i po próbie generalnej w Ćwiczeniówce. W sobotę koncert w Pułtusku. Oto garść zdjęć autorstwa Rafała Garszczyńskiego. Na górze rzut ogólny na niszę na piętrze w której próbowaliśmy

A tu gromadząca się po mału publiczność




                     Grażyna Auguścik, Wojtek Pulcyn, Jarek Bester, Piotr Hausenplas

                                                                  Janek Stokłosa

                                                                      Piotr Sapilak

                                                                Paweł Wojciechowski

Poznaliście już wszystkich członków zespołu to napiszę jeszcze parę słów o miejscu próby. Na zdjęciach wnętrze wygląda obskórnie, ale cały w tym urok. A najważniejszy jest "genius loci". Tak wygląda krótka historia gmachu Biblioteki Ordynacji Krsińskich:






Utworzona w roku 1844 pod zaborem rosyjskim jako instytucja ordynacka, Biblioteka  Krasińskich udostępniała swe bogate zbiory od roku 1860 w Warszawie, w pałacu Czapskich przy Krakowskim Przedmieściu, a od 1914 we własnej, wznoszonej jeszcze przez kilkanaście lat siedzibie przy ul. Okólnik. Neoklasycystyczną budowlę biblioteczną  wzniesiono z inicjatywy i nakładem Edwarda Krasińskiego. Projektował gmach Juliusz Nagórski, prowadził jego budowę Henryk Gay, a wykonawcą była polska firma Martens i Daab. Prace i zasiedlanie pałacu trwały dwadzieścia lat. Zbiory przechowywano w nim już od 1913 roku, udostępniano je, prowizorycznie, od stycznia 1914. Gmach przekazano oficjalnie użytkownikom w grudniu 1930 roku. Była to najokazalsza i najnowocześniejsza siedziba biblioteczna Warszawy.  Na frontonie okazałego gmachu biblioteczno-muzealnego, który został zaprojektowany specjalnie dla zbiorów Krasińskich, umieszczono ich rodowe zawołanie: Amor patriae nostra lex [miłość ojczyzny naszym prawem]. Podczas II wojny światowej władze okupacyjne włączyły Bibliotekę do Staatsbibliothek Warschau, , a jej siedziba służyła okupantom jako miejsce przechowywania najcenniejszych zbiorów bibliotecznych stolicy. Po upadku powstania warszawskiego, w październiku 1944 roku, gmach BOK i złożone w nim skarby piśmiennictwa i dzieła sztuki zostały spalone. Ocalałą część zbiorów Biblioteki Ordynacji Krasińskich przyjęła po wojnie Biblioteka Narodowa.
Po wojnie gmach na Okólniku otrzymała w roku 1958 Biblioteka Narodowa, której już wcześniej przekazano ocalałą część zbiorów Biblioteki Ordynacji Krasińskich. W częściowo odbudowanym budynku dawnej BOK umieszczono niektóre pracownie BN, głównie drukarnię, introligatornię specjalistyczną i wydawnictwo. Nieprzystosowana do takich funkcji, nie remontowana i nie restaurowana budowla szybko niszczała i zmieniała swój charakter. Biblioteka Narodowa opuściła ją w roku 1989, po przeprowadzce do nowej siedziby na Polu Mokotowskim. Następnie był „Okólnik” przez pewien czas siedzibą NSZZ „Solidarność”– Regionu Mazowsze. Od wielu lat, z powodu niewyjaśnionego stanu prawnego, centralna część gmachu, opuszczona, niszczeje. Zamieszkałe są skrzydła boczne. O minionej świetności ważnej dla polskiej kultury budowli przypomina jedynie niewielka tabliczka na drzwiach dawnej Biblioteki Ordynacji hr. Krasińskich.
Od kilku tygodni tymczasowym gospodarzem gmachu jest „Stowarzyszenie Mieszkańców Smolna”, które do końca września organizuje codzienne bezpłatne koncerty. Początek zawsze o 17. Możecie wpadać słuchać,  oglądać wystawy, słuchać poezji. Magiczne miejsce. Szkoda że będzie działało jeszcze tylko miesiąc.

Grażyna Auguścik gra Chopina w Ćwiczeniówce.

Jutro Grażyna Auguścik wystąpi na Światowym Zjeździe Polonii w Pułtusku. Zaśpiewa muzykę Chopina,

Już dziś (piątek 24 sierpnia)  wszyscy chętni mają jedyną okazję aby posłuchać próby otwartej przed koncertem. Na to niecodzienne zdarzenie zapraszamy do starego budynku Biblioteki Krasińskich
na ulicy Okólnik (naprzeciwko Uniwersytetu Muzycznego) – zwanym od kilku miesięcy Ćwiczeniówką.


Początek o godzinie 18:00. Każdy może przyjść i posłuchać. Nie będzie to zwykły koncert bo jak to na próbie muzycy mogą przerywać wykonanie utworu, dyskutować, poprawiać….jak to na próbie. Widownia również nie będzie musiała uczestniczyć w wydarzeniu od początku do końca, tylko tyle ile
będzie chciała.


Przy okazji będzie można zobaczyć jak wygląda obecnie jedne z niewielu ocalałych w Warszawie oryginalnych budynków, w którym przed laty znajdowały się wspaniałe zbiory. Państwa przewodnikiem będą ludzie związani ze towarzyszeniem Mieszkańców Smolnej – na czele z Jarkiem Chołodeckim –
tymczasowi gospodarze tego gmachu.
.
http://www.youtube.com/watch?v=ZXBwj7tq_Hs

W roku 2010 w Millennium Park w Chicago chopinowski koncert Grażyny  zgromadził dziesięciotysięczną widownię i uznany został przez Chicago Tribune za jeden z najlepszych koncertów ostatnich trzydziestu lat.

Chicago Tribune.
http://www.gmarecords.com/3-decades-of-jazz-concerts-in-chicago-and-beyond-press.html


Jeśli nie che Wam się czytać po angielsku to donoszę że w artykule Słynny amerykański krytyk Howard Reich  podał zestawienie 10 najlepszych koncertów, jakie widział na przestrzeni ostatnich trzech dziesięcioleci. Tę listę w układzie chronologicznym tworzą następujące koncerty: Oscar Brown Jr – 1983, Ella Fitzgerald – 1991, Miles Davis – 1991 (Grant Park, Chicago; przedostatni koncert Milesa przed śmiercią), Wynton Marsalis Septet – 1994, Frank Sinatra – 1994, Marcus Roberts – 1995, Tropicana Orchestra – 1998, Danilo Perez – 2005, Igor Butman – 2005, Grażyna Auguścik – 2010.

W uzasadnieniu Reich pisze: „Koncert Auguścik miał miejsce 25 lipca br. w Pritzker Pavilion w Millennium Park (Chicago). Rocznica 200 urodzin Fryderyka Chopina była obchodzona na całym świecie, ale rzadko w sposób tak oryginalny i z takim ogniem. Urodzona w Polsce,
 mieszkająca w Chicago wokalistka wystąpiła z międzynarodową grupą instrumentalistów”.
 
Koncert zapowiadany był również przez inne ważne amerykańskie media.  Neil Tesser w „The New York Times” informował, że: „Program koncertu złożony będzie wyłącznie z utworów Chopina w zaskakujących aranżacjach, bez fortepianu, czyli instrumentu, na który kompozytor pisał prawie wyłącznie, w niezwykłej obsadzie instrumentalnej: z amerykańską wokalistką jazzową, polskim akordeonistą (Jarek Bester), międzynarodowym chórem puzonów, śpiewającym gitarzystą  (Paulinho Garcia), harmonijką ustną (Howard Levy) i arabską lutnią oud (Ronnie Mallery).
„Aranżacje – pisał Tesser – mieszczą się w szeroko pojmowanej formule hybrydy klasyki i jazzu. Ale jakby już sama instrumentacja była nie dość radykalna, to Grażyna Auguścik wykorzystuje w sposób obrazoburczy barwy dostępne dla jazzowych wokalistów i instrumentalistów. Utwory Chopina pozostają rozpoznawalne, ale często służą jako odskocznia do innych muzycznych interakcji”.
Howard Reich zapowiadając koncert w  „Chicago Tribune” pisał, iż: „Wokalistka przedstawi swoje własne wyobrażenia o Chopinowskich preludiach, etiudach i nokturnach z pomocą kilku polskich wirtuozów i ich chicagowskich odpowiedników. W centrum całego brzmienia jest przede wszystkim jej zwiewny głos. Płynność fraz i lekkość tonu sprawiły, że Auguścik jest jedną z najbardziej podziwianych w Chicago wokalistek. Polskie korzenie, uwidoczniające się w liryzmie jej muzyki – nadały jej indywidualny rys”.

Koncert który zaprezentujemy obecnie jest nową aranżacją wykonywanego dwa
lata temu materiału. tym razem zespół wystąpi w składzie:
Grażyna Auguścik – śpiew
Jarosław Bester – akordeon
Wojciech Pulcyn – kontrabas
Piotr Hauseplas – wiolonczela
Jan Stokłosa – wiolonczela
Piotr Sapilak – wiolonczela
Paweł Wojciechowski – woilononczela

środa, 15 sierpnia 2012

The Intuition Orchestra - Gramy muzykę która nie udaje... - romowa opublikowana w majowym Jazzpressie



W kwietniu po ukazaniu się płyt - The Intuition Orchestra "Fromm" i "Legendarne Ząbki" Rafał Garszczyński namówił mnie na długą rozmową o tym jak zaczęła się mona przygoda z graniem muzyki intuicyjnej. Wywiad zmienił się w moją opowieść o życiu i muzyce, a opublikowany został w majowym numerze internetowego miesięcznika Jazzpress. 

Oto on:

Rafał Garszczyński: Opowiedz swoją muzyczną historię… Gra na przeróżnych instrumentach nie jest Twoim jedynym zajęciem, próbowałeś wielu różnych stylów…

Ryszard Wojciul:
Jeśli jesteś wystarczająco cierpliwy to opowiem Ci moją historię. Szczególnie początki są interesujące bo przełamują pewien panujący stereotyp. Ale od początku……moja muzyczna historia rozpoczęła się w ….szkole muzycznej. Najpierw była podstawówka (lata siedemdziesiąte XX wieku hehe). Mój przykład pokazuje, że stwierdzenie – czym skorupka za młodu nasiąknie…, jest jak najbardziej prawdziwe. Chodziłem do podstawowej szkoły muzycznej mieszczącej się w Warszawie na ulicy Kawęczyńskiej. Od piątej klasy moim głównym instrumentem był klarnet. W klasie szóstej mój ówczesny profesor pan Ryszard Skrzypczak zrobił coś niezwykle  - jak na tamte czasy – niekonwencjonalnego. Zaprosił mnie i jeszcze dwóch innych kolegów z klasy klarnetu na próbę big-bandu do Młodzieżowego Domu Kultury, który mieścił się na ulicy Łazienkowskiej. Mieliśmy po 11, 12 lat. Pan Skrzypczak dał nam do rąk saksofony, posadził za pulpitami z nutami i kazał grać. 

Ryszard Skrzypczak i Big Band z Łazienkowskiej. Na pierwszym planie z saksofonem tenorowym Piotr Malak, dalej z altem Rys Wojciul


 Rzuceni na głęboką wodę musieliśmy od razu zmagać się z nowymi instrumentami, nawą muzyką i kompletnie nową – zespołową sytuacją. Powiedziałem że było to niekonwencjonalne bo zwykle tradycyjni klarnetowi pedagodzy trzymali adeptów tego instrumentu z dala od saksofonu. Każdy z nas po za tym słyszał historie jak to za komuny młodzież ze szkół muzycznych chcąca grać jazz była prześladowana i wyrzucana ze szkół. Mnie przydarzyło się coś zupełnie innego. I to nie tylko ze strony tego jednego nauczyciela. Doszło do tego że pani dyrektor szkoły, wiedząc o mojej rozwijającej się fascynacji muzyką jazzową, na koniec siódmej klasy za bardzo dobre wyniki w nauce gry na klarnecie jako nagrodę wręczyła mi najnowszą płytę Jana Ptaszyna Wróblewskiego! Podstawówka była ważna jeszcze z jednego powodu. To tam nawiązałem przyjaźnie, które trwają do dziś. To z kumplami z tejże podstawówki przemierzyłem wspólnie drogę od grania jazzu tradycyjnego  do muzyki free. Moją The Intuition Orchestrę do dziś współtworzą  Bolek Błaszczyk – trzy roczniki młodszy i Jacek Alka – rocznik starszy ode mnie. W latach osiemdziesiątych grał z  nami jeszcze mój przyjaciel z klasy – Robert Wyszyński. To z nim razem w roku 1982 założyliśmy nasz pierwszy jazzowy zespół Deep Raver Jazz Band, do którego dołączyli Jacek i Bolek.  I tu znów okoliczności nam sprzyjały. Wśród kadry MDK na Łazienkowskiej pojawił się pasjonat jazzu – pan Mirosław Bulicz. Przez następne dwa lata to on uczył nas jazzu. Pokazywał skale, nieznane nam  standardy jazzowe, wysyłał na przeglądy młodych zespołów, gdzie zawsze byliśmy jedynymi jazzmanami.
Sala Koncertowa Szkoly Muzycznej na Kawęczyńskiej.Zdjęcie pierwsze: Mirosław Bulicz, Jacek Alka, Rys Wojciul. Zdjęcie drugie:Mirosław Bulicz, Rys Wojciul, Władek Zych, Jacek Alka, Mariusz Kubicki, przy fortepianie niewidoczny Robert Wyszyński, a za fortepianem szykujący się do wejścia na scenę Bolek Błaszczyk


 W roku 1983 zostaliśmy zaproszeni do popularnego programu 5,10,15. Byliśmy tam jedynym w historii zespołem jazzowym i zagraliśmy wspólnie z Extra Ballem Jarka Śmietany. W roku 1984 nasze drogi z panem Buliczem się rozeszły.  Był jazzowym konserwatystą a nas odgrywanie standardów już nie bawiło.  Umieliśmy już improwizować, fascynowała nas muzyka współczesna. Chcieliśmy eksperymentować. W roku 1985 nagraliśmy pierwszy materiał całkowicie wyimprowizowany.  Nagrania poprzedziła nocna dyskusja o filozofii. Bolek wykładał nam teorię Leibniza. Według niej świat składa się z bliżej nieustalonej, ale ogromnej liczby całkowicie od siebie odseparowanych i nie wpływających na siebie bezpośrednio bytów, z których każdy jest „całym światem dla siebie samego”. Te poszczególne byty Leibniz nazywa monadami. Postanowiliśmy tę teorię odwzorować w muzyce, określając ją jako - modern monadologic.  Tak do szło do rejestracji muzyki, która ostatnio ukazała się nakładem Requiem Records - na przepięknie wydanym albumie – „Legendarne Ząbki”


 Ząbki to nazwa miejscowości w której nagrań dokonaliśmy, a legendarne? Nagrania te bardzo szybko przeszły do legendy w naszym środowisku. Jak to się dziś mówi – stały się kultowe dla małej grupki osób. My nie mieliśmy wówczas złudzeń że grając taką muzykę możemy „zaistnieć” . Nawet nie myśleliśmy o tym aby te nagrania pokazać gdzieś komuś. Pomysł taki za to wpadł do głowy pewnemu naszemu znajomemu, który wysłał naszą kasetę jako zgłoszenie do popularnego wówczas festiwalu „Po za kontrolą”.  Dzięki temu jego powołany naprędce zespół zakwalifikował się do koncertu na głównej scenie, ale tematu nie będę rozwijał bo zdążyliśmy mu już to wybaczyć. W latach osiemdziesiątych spotykaliśmy się, już tylko z Bolkiem i Jackiem kilka razy nagrywając nasze improwizacje. Najciekawsze fragmenty można znaleźć na płycie „Legendarne Ząbki”. Ja natomiast na kilka lat wchłonięty zostałem przez scenę rock’n’rollową. Muzykę tę grałem zawsze, niemal równolegle z jazzem. W liceum grałem najpierw w punkowej formacji „Haos”, która potem zmieniła się w reaggowe „Ngezi”.

Ngezi. Od lewej - Zbyszek Skarżyński, Rys Wojciul, Marek Hyliński. Rok 1984

 Moim pierwszym profesjonalnym zespołem były Róże Europy, z którymi wystąpię na wielu koncertach – w tym jarocińskich i nagrałem ich debiutancką płytę, 

Róże Europy. Rok 1986.Od lewej Rys Wojciul, Artur Orzec, Piotr Klatt

Potem stałem się częścią Sztywnego Pala Azji – zagrałem kilkadziesiąt koncertów, nagrałem dwie płyty.
Sztywny Pal Azji u szczytu popularności. Rok 1988. Przy perkusji - Janusz Deda - Cytek, tyłem Jarek Kisiński i Rys Wojciul

W tym czasie wielokrotnie zapraszany byłem do studia lub na scenę przez takie zespoły jak Tilt, Chłopcy z Placu Broni, Tubylcy Betonu, Malarze i Żołnierze i inne.   Współtworzyłem, moim zdaniem fantastyczny zespół Oczy Amelki, który niestety miał pecha że  istniał w czasach przełomu politycznego, kiedy to stare mechanizmy branżowe upadły, a nowe się nie narodziły. Zrobiliśmy kilka bardzo ciekawych nagrań które utknęły w archiwach na zawsze, a zespół przestał istnieć. 
Rok 1990. Oczy Amelki, Od lewej: Rys Wojciul, Grzegorz K. Witkowski, Grześ Marczak, Paweł Pękalski, Witek Kwiatkowski


 Moje rockowe życie łączyłem z innym – nobliwym i poważnym życiem studenta muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim. W latach dziewięćdziesiątych szukając mojej drogi życiowej trafiłem do radia, gdzie przeszedłem bardzo szybką drogę kariery – od szeregowca do generała, ale to opowieść na inną okazję. W tym czasie postanowiłem, że zarabiać będę w radiu a grać – to co lubię – czyli muzykę – nazwijmy to współczesną i mój jazz. Po kilku latach przerwy spotkaliśmy się ponownie z Bolkiem i Jackiem. To był rok 1992. Mieliśmy zagrać koncert w warszawskiej Stodole. To był jedyny czas w naszej historii że zrobiliśmy kilka prób, przygotowaliśmy materiał, który miał ułożone formy, tematy. To co graliśmy można śmiało określić punk jazzem. Muzyka była brutalna, pełna agresji i naszej pasji. Zespół nazwaliśmy Transylwania (później okazało się że w tym samym czasie działał w Polsce również zespół rockowy o tej samej nazwie). Brakowało nam instrumentu basowego, więc zaprosiliśmy na jedną z prób kolegę ze średniej szkoły muzycznej, który był kontrabasistą, ale funkcjonował wówczas na scenie warszawskiej jazzowej jako doceniany pianista. Myślę że nigdy wcześniej, ani potem nie spotkała się z takim graniem i czuł się wyraźnie zagubiony. Po godzinie próby spakował instrument i powiedział nam że „bardzo przeprasza ale nie zagra z nami bo się wstydzi”. W tym samym czasie wspólnie Bolkiem i naszym przyjacielem Jarkiem Siwińskim – wówczas studentem kompozycji na Akademii Muzycznej, powołaliśmy do życia Gupę MM. Nazywaliśmy się grupą multimedialna bowiem oprócz muzyków członkami zespołu była tancerka, mim, aktor i plastyczka. Nasz pierwszy koncert odbył się podczas dużej wystawy sztuki w Toruniu, a potem w klubie Stodoła. 


Rok 1991. Grupa MM po koncercie w Stodole. Od lewej:Bolek Błaszczyk, Kasia Sznuk, Rys Wojciul, Piotr Suzin, Monika Gut, David Foulkes, Jarek Siwiński


Zagraliśmy  m.in. kompozycję TIS MW2 Bogusława Schaeffera – pierwszy w historii utwór tzw. teatru instrumentalnego.  Kilka lat później analiza naszego spektaklu znalazła się w muzykologicznej pracy doktorskiej. Z olbrzymim zdziwieniem przeczytaliśmy w bardzo poważnym piśmie, że nasze interpretacja znalazła złoty środek i trafiła w idealne sedno zamysłu kompozytora.  Opinia tam była dla nas tym większym zaskoczeniem bo nie dość, że zmieniliśmy skład instrumentalny (wprowadzając np. nieistniejący w czasach kiedy utwór powstawał syntezator}, nie dość że dodaliśmy zupełnie nową partię do wykonania przez aktora (opartą na wstępie teoretycznym dodanym do partytury) to jeszcze wydłużyliśmy partię założonej przez kompozytora improwizacji zespołowej – którą jak wiesz ukochaliśmy szczególnie. Grupa MM istniała trzy lata. Naszą siedzibą było przez ten czas Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, a konkretnie Sala Laboratorium gdzie mieliśmy próby i gdzie wystawialiśmy nasze premiery. Przygotowaliśmy ich w tamtym czasie kilka. Zagraliśmy również kilka koncertów w innych miejscach.  

Rok 1994. Grupa MM po koncercie na festiwalu w Gdańsku. Od lewej: Kasia Sznuk, Daria Dobrochna Kwiatkowska, Piotr Suzin, Bolek Błaszczyk, Agnieszka Skolik, Jarek Siwiński, Monika Gut, Rys Wojciul

 Korzystając z faktu że mieliśmy praktycznie nieograniczony dostęp do świetnej Sali z fortepianem postanowiliśmy  reaktywować Transylwanię. Zwieźliśmy do Laboratorium sprzęt nagrywający, rozstawiliśmy instrumenty i graliśmy………przez tydzień. Wychodząc tylko po to aby się przespać i coś zjeść. Nagraliśmy godziny improwizowanej muzyki. Byliśmy przeszczęśliwi i przekonani że nagraliśmy dzieło naszego życia.  Jednakże życie potoczyło się w innym kierunku. . Od 1995 roku porzuciłem muzykę na dziesięć lat, co miało związek głównie z tym że wszyscy - zarówno z Grupy MM i Transylwanii weszliśmy w prawdziwe dorosłe życie. Porodziły się nam dzieci, trzeba było zarabiać. Każdy z nas poszedł w inną zawodową stronę. Ja zostałem w branży radiowej. U szczytu mej korporacyjnej kariery, którejś nocy obudziłem się i pomyślałem że nigdy już nie będę profesjonalnie grał… Spłynęło mi po policzku kilka łez. Jednak nigdy nie mów nigdy. W 2004, gdy  roku wielka korporacja zrezygnowała z moich usług, postanowiłem wrócić do muzyki. Założyłem własną firmę  - Artobus i na początek chciałem nagrać coś oryginalnego, coś co będzie artystycznie, ale i komercyjnie znaczące.  Zająłem się tematem pieśni wielkopostnych, które niezwykle rzadko są śpiewane po za kościołem, a są niezwykle poruszające i piękne. Po dwóch latach pracy wydałem płytę „O duszo wszelka” zawierającą moje autorskie,  i śmiało mogę powiedzieć -  bardzo nowatorskie wersje tych pieśni. 



W  nagraniach  wzięli udział muzycy z bardzo różnych środowisk - jazzmanów reprezentował kontrabasista – Wojtek Pulcyn. Zaśpiewali - Kasia Groniec, Iwona Loranc, Mariusz Lubomski i genialny kwartet wokalny – Il Canto MInore. Płyta otrzymała rewelacyjne recenzje i sprzedała się w nakładzie bardzo  przyzwoitym. Niestety udało mi się zorganizować tylko dwa koncerty – w Filharmonii Narodowej i w Studiu Agnieszki Osieckiej w Trójce. Tylko dwa bowiem impreza była piekielnie kosztowana. Na scenie miałem osiemnastu muzyków, a za wszystko płaciłem z własnej kieszeni. Patronat nad koncertem w FN przyjął wprawdzie Minister Kultury, wówczas Michał Ujazdowski, ale wsparcia finansowego od niego nie dostałem. W ogóle walcząc o zaistnienie moich pieśni na szeroki  rynku stwierdziłem ze smutkiem, że w naszym katolickim kraju, temat ten nikogo nie obchodzi. Pomimo że ja sam nie mogę nazwać siebie człowiekiem religijnym, chcąc iść za ciosem nagrałam jeszcze materiał bożonarodzeniowy pod tytułem – Gwiazdko świeć nam mocniej i przygotowałem jeszcze do nagrania pieśni wielkanocne (mam demo z przepięknym śpiewaniem Grażyny Auguścik), ale ten ostatni projekt nie został zrealizowany z banalnego powodu – braku finansowania. Po za twórczością „świętą” w swoim nowym muzycznym życiu reaktywowałem jeszcze moją rockową formacje, czyli Sztywny Pal Azji i wyprodukowałem dla nich płytę, a po za tym – wróciłem do grania muzyki improwizowanej. W roku 2009, czyli po prawie piętnastu latach przerwy spotkaliśmy się ponownie we tróję aby grać. Ja, Bolek Błaszczyk i Jacek Alka.  Z inicjatywą, aby coś wspólnie „uderzyć” wyszedł Bolek, który od kilku lat grał w Grupie MoCarta. Pomyślałem, że szuka odskoczni od znakomitej wprawdzie, ale stylistycznie zamkniętej i określonej muzyki którą na co dzień wykonuje.  Widziałem że jego awangardowa natura tęskni za graniem intuitywnym, podobnie jak ja. Spotkaliśmy się na Sali prób Grupy MoCarta.  Zwieźliśmy również sprzęt rejestrujący. Ku mojemu zaskoczeniu Bolek zaprosił jeszcze Jacka Malickiego. Członka legendarnej „Grupy w składzie” która muzykę i intuitywną grała jeszcze w latach siedemdziesiątych.  Graliśmy kilka godzin i nagraliśmy bardzo ciekawy materiał. Nasze pierwsze po latach spotkanie uświadomiło nam że możemy wspólnie tworzyć znakomitą muzykę, że  w świecie kolektywnej improwizacji czujemy się fenomenalnie i że naszego potencjału nie możemy zmarnować. Nazwaliśmy naszą formację – The Intuition Orchestra i postanowiliśmy  działać. Do dziś zorganizowaliśmy cztery sesje nagraniowe. Na każdą zapraszaliśmy innych gości. Z sesji w której udział wzięli, prócz mnie i Bolka – wiolonczelista Marcin Krzyżanowski i perkusista Kapeli ze Wsi Warszawa – Piotrek Gliński – wydana została w ograniczonym nakładzie płyta – którą recenzowałeś na swoim blogu. Najbardziej jazzowy materiał nagrany z udziałem Marcina Olaka – gitara, Moniki Szulińśkij – perkusja i Macieja Szczycińskiego – kontrabas – leży i czeka wydawcę, natomiast płyta Fromm, gdzie gramy wspólnie z Jackiem i gośćmi Grażyną Auguścik i Zdzisławem Piernikiem jest od kilku tygodni w sklepach. 



RG: The Intuition Orchestra to muzyczny fenomen. Z tego co mówisz wynika, że zespół istnieje już jakieś 25 lat. Można powiedzieć, że macie skrajnie niekomercyjne nastawienie do rynku? Czy to rodzaj buntu, czy raczej odskoczni od rynkowej rzeczywistości i poszukiwania wolności twórczej wypowiedzi nie skrępowanej pomysłami producentów?

RW:  Jak dobrze policzyć to można powiedzieć że istniejemy już od lat trzydziestu :) Nigdy nie myśleliśmy o naszym graniu w kategoriach komercyjnych. Zawsze robiliśmy to tak naprawdę dla siebie.  Zarówno Bolek jak i ja jesteśmy obecni na rynku muzycznym od lat, ale niewielu wie że gramy muzykę awangardową. Bolek znany jest dziś jako członek Grupy MoCarta, ja niestety cały czas postrzegany jestem przez pryzmat rock’n’rolla z którym tak naprawdę rozstałem się wiele lat temu.  Zastanawiam się na tym czy dzisiejsza moc naszej muzyki nie jest właśnie sutkiem tych kilkudziesięciu lat które minęły. Lat w których spotkaliśmy się rzadko, ale w miarę konsekwentnie budowaliśmy nasz wspólny muzyczny świat bez jakiegokolwiek komercyjnego celu, bez wyścigu. Grana przez nas muzyka intuitywna powstaje w czasie realnym, na scenie bądź w studiu i powstaje bez żadnych ustaleń, bez prekomozycji, których, aby wspólnie grać po prostu nie potrzebujemy. Dziś zapraszając do współpracy gości, jesteśmy dla nich katalizatorami muzyczny emocji, które jak widać po efektach stapiają się w spójna i bardzo dojrzałą muzykę.

The Intuition Orchestra na dziedzińcu CSW Zamek Ujazdowski. Od lewej: Marcin Olak Martcin Krzyżanowski, Rys Wojciul, Piotr Gliński, Zdzisław Piernik, Bolek Błaszczyk
RG: Wyobrażasz sobie trasę zespołu – na przykład 20 koncertów w miesiąc? Udałoby się zachować spontaniczność, która w Waszej muzycznej koncepcji jest tak ważna?

RW: Jestem przekonany że tak. Każdy dzień jest inny, każda sytuacja, każda sala, każda publiczność jest inna. Nasz koncert w CSW trwał 70 minut, a wszyscy twierdzili że był bardzo krótki. Mogliśmy grać dużo dłużej, ale mamy świadomość że nasza muzyka jest trudna. Lepiej zostawić trochę niedosytu niż słuchaczy zmęczyć. Nasze sesje nagraniowe trwają za to kilka godzin. Może w tym miejscu jeden komentarz do Twoich recenzji naszych płyty i koncertu. Kilkakrotnie zaznaczałeś w nich, że nasza , muzyka jest improwizowana, ale i tu cytuję z pamięci: „z pewnością coś jest wcześniej ustalone, przynajmniej w zakresie kolejności naszkicowanych zaledwie kompozycji i miejsca na partie solowe”. Otóż Rafale – nic nie jest ustalone. Jedynym ustaleniem przed koncertem w CSW było to że zaczynam na EWI i to że mam prawo do zatrzymania akcji każdego z muzyków.  Pełniłem role superwajzora który mógł sterować napięciami muzycznymi. I to wszystko. Z moich uprawnień skorzystałem trzy razy. Muzyka płynęła, partie solowe były konsekwencją wydarzeń na scenie. 

The Intuition Orchestra. Od lewej: Bolek Błaszczyk, Grażyna Auguścik, Jacek Alka, Rys Wojciul i nieco schowany Zdzisław Piernik
Zdzisław Piernik i jego niezwykłe trąby




Bolek Błaszczyk


Kluczem do sukcesu, oprócz togo o czym mówiłem wcześnie, czyli naszej historii jest jeszcze umiejętność wzajemnego słuchania – jako podstawa i swego rodzaju muzyczny altruizm. Nie ma w nas chęci brylowania indywidualnego, wirtuozowskim popisów. Chcemy wspólnie kreować muzykę i gości z takim podejściem i wrażliwością zapraszamy do naszych działań. Jestem zatem pewny że trasa koncertowa nie wpłynęła by na jakość grania, bo spontaniczność nie jest tu elementem determinującym.  Mogę jedynie wyrazić żal, że taka trasa nie odbędzie się, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Trudno jest nam w takim składzie zebrać się na scenie, głównie z powodu niezwykle zajętego kalendarza Bolka i Grażyny.

RG: Ja dzielę muzykę na tą, która mi się podoba i tą, od której trzymam się z daleka. Czasem czuję się nieco bardziej kompetentny niż inni i ośmielam się pisać o muzyce dobrej i tej nieco gorszej… Jednak słuchacze i rynek lubi szufladkować, to ludziom ułatwia wybór kolejnych płyt… Zawsze nowy album trzeba w sklepie postawić obok czegoś…. Jak nazwałbyś muzykę The Intuition Orchestra

RW: Jeśli chciałbyś abym umieścił ją w jakiejś określonej stylistyce to nie ma na to szans.  Nasza muzyka jest zawieszona gdzieś pomiędzy estetyką współczesnej muzyki klasycznej i free jazzu. Oczywiście zapraszani przez nas goście wpływają znacząco na przesunięcia w tę lub tamtą stronę. Tak jak powiedziałem wcześniej materiał nagrany wcześniej z gitarzystą jazzowym Marcinem Olakiem siłą rzeczy ma więcej odniesień do jazzu niż klasyki. Grając wspólnie z Grażyna Auguścik – wokalistą o szerokich możliwościach i niezwykłych muzycznych horyzontach, a jednocześnie z ikoną polskiej awangardy klasycznej – Zdzisławem Piernikiem uzyskujemy balans idealny, a jednocześnie najtrudniejszy do zdefiniowania. Bliżej nam do Stockhausena czy do Ornetta Colemana, a może do Antohonego Braxtona, albo Art. Ensemble of Chicago? Każdy może szukać analogii jakich chce. My gramy muzykę która nie udaje czegoś. Jest wypadkową naszych doświadczeń, wiedzy i erudycji muzycznej. Gramy muzykę która jest w najszczerszy sposób nasza własna.

RG: O ostatnim koncercie The Intuition Orchestra z Grażyną Auguścik i Zdzisławem Piernikiem pisaliśmy w numerze kwietniowym. Pamiętam, że na koncercie było sporo kamer… Będzie DVD?

RW: Koncert nagraliśmy w sposób niezwykle profesjonalny. Już lada dzień film będzie zmontowany i gotowy do eksploatacji. Co z nim możemy zrobić? Wyemitować w TVP Kultura, może uda się wydać na DVD bo pierwszą propozycję już dostaliśmy. Film zamierzam wysłać na kilka festiwali muzyki intuicyjnej na których chcielibyśmy zagrać.

RG: Planujecie jakieś kolejne przedsięwzięcia?

RW: Następną sesją nagraniową zorganizujemy jesienią. Chcieliśmy zaprosić na nią Andrzeja Przybielskiego…….ale nie zdążyliśmy. Znakomicie współpracuje nam się z Zdzisławem Piernikiem i z Grażyną Auguścik. Chcielibyśmy ten skład eksploatować jeszcze w miarę możliwości na koncertach.

RG: Z kim chcielibyście zagrać, gdyby nie było ograniczeń budżetowych i kontraktowych?

RW: Jak widzisz długo się nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiam i mam kłopot. Zapraszając na sesję Grażynę i Zdzisława myślałem o symbolicznym  połączeniu świat jazzu i klasyki, myślałem połączeniu niskiego tonu tuby z wysokim głosem żeńskim. Znając twórczość naszych gości byłem przekonany również, że będą oni potrafili wejść płynnie w nasz meta język muzyczny i sposób myślenia. Jeśli teraz miałbym CI wymienić jakieś nazwisko wielkiej gwiazdy to zrobiłbym to mechanicznie bez konkretnego pomysłu co obecność takiej osoby wniosłaby do  The Intuition Orchestry.  Dla nas ważne jest to aby grać wspólnie, a nie grać z kimś i dlatego takie personalne  wybory muszą być bardzo przemyślane.

RG:  Jesteś rodzajem człowieka renesansu… Twoja działalność  to nie tylko aktywne muzykowanie. Jesteś też managerem kilku muzyków, producentem, dziennikarzem muzycznym, człowiekiem radia, fachowcem od marketingu muzycznego…

RW: Dziękuję Ci bardzo za ten renesans. Staram się po prostu być aktywny i realizować się w tych dziedzinach na których się znam. Rzeczywiście mój Artobus to dziś głównie menagement. „Opiekuje się” Grażyną Auguścik – z którą poznałem się przy realizacji płyty Fromm, a także zespołem Bester Quartet – dawniej Crakow Klezmer Band.  Odkąd zająłem się tą robotą na pełny etat otrzymuję całą masę nowych propozycji. Niektóre są bardzo interesujące. Artyści szukają ludzi którzy potrafili by nadać ich karierom rozpędu. Rynek jest trudny, współczesne czasy nie sprzyjają ambitnym twórcom. Staram się im pomagać. Po za tym od lat konsekwentnie próbuję popularyzować i promować moją ukochaną muzykę  - czyli jazz. Ta samozwańcza „misja” zatrzymała mnie przy mikrofonie radiowym. W Tok FM, którego w dawnych czasach byłem szefem, w każdą sobotę wieczorem siadam za mikrofonem by w audycji WWWJAZZ poopowiadać o jazzie.  Dwa lata temu udało mi się w końcu doprowadzić do wydania serii dwudziestu płyty – Giganci Jazzu przedstawiających sylwetki najwybitniejszych twórców i historię jazzu. Jako dziennikarz wykraczam jednak także po za jazz. Wydawnictwo MTJ od kilkunastu miesięcy wydaje przygotowywaną przeze mnie serią płyt z książeczkami pod tytułem – Polskie Single – gdzie piszę o historii polskich piosenek i ich twórców. W ubiegłym roku natomiast spędziłem kilka miesięcy pisząc historię muzyki – mam na myśli muzykę klasyczną – bo przecież jestem dyplomowanym muzykologiem.

RG: Teraz nieco z innej beczki, ale lubię to pytanie zadawać, często wychodzi z tego coś fajnego… Jaką muzykę masz w swoim Ipodzie?

RW: Może Cię zaskoczę, ale nie mam Ipoda. Jeśli chodzi o słuchanie muzyki jestem konserwatystą. Jestem kolekcjonerem płyt. Moja jazzowa płytoteka liczy kilka tysięcy pozycji. Płyta jest dla mnie zamkniętym i gotowym dziełem z którym staram się obcować. Lubię mieć płytę w ręku, przeczytać i powąchać książeczkę, lubię dźwięk płynący z dużych głośników. Nie lubię natomiast słuchać muzyki w biegu i w złych warunkach akustycznych. Jeśli to robię to nie jest to prawdziwe słuchanie tylko uzupełnianie dźwięków otaczającego świata, dźwięków która za często stają się po prostu kakafonią. Jeśli zaś zadałbyś mi pytanie czego słucham to najwięcej jazzu – ze względu na audycje i duże ilości płyt z którymi się musze zapoznać. Jeśli starcza mi czasu to równie chętnie sięgam po muzykę rockową jak i klasyczną – tę współczesną i tę dawną. Jednym słowem słucham wszystkiego co jest dla mnie ciekawe nie dzieląc muzykę na gatunki, tylko na to czy jest dobra czy zła. A zła potrafi być wszędzie i na tę szkoda życia.

RG: Jesteś też managerem kilku artystów i zespołów. To jak znajdujesz na to wszystko czas, to pewnie tajemnica biznesowa. Opowiedz proszę o tym co się dzieje u Grażyny Auguścik i innych Twoich podopiecznych…

RW:W marcu zagraliśmy z Grażyną trasę koncertową promującą płytę The Beatles Nova. Przed nami teraz kolejne duże wyzwania. Staram się wprowadzić Grażynę na rynek europejski. Pracujemy na premierą nowej – niezwykle ciekawej płyty – nagranie z amerykańskim zespołem. Na płycie znalazły się piosenki Nicka Drake’a – angielskiego barda który zmarł w roku 1973. Płyta znakomita, ale i trudna w realizacji w Polsce. Jak tu przy tak małych środka przeznaczanych na kulturę zorganizować trasę koncertową pięciu amerykańskich muzyków? Grażyna rozpoczęła również pracę nad nowym materiałem z amerykańskim gitarzystą Johnem McLeanem. Cały czas nie nagrała jeszcze genialnego projektu Chopinowskiego którym zaczarował publiczność w Chicago w roku 2010. A z Bester Quartet szykuje premierę ich nowej – pierwszej od pięciu lat  płyty – którą wyda wytwórnia Johna Zorna – Tzadik. Płyta ukaże się w lipcu i jak się zapewne domyślasz trzeba zorganizować promocję i koncerty. Pracy jest więc dużo.

RG: Znajdujesz czas, żeby ćwiczyć, saksofon wymaga dość stałego doskonalenia techniki?

RW: Ćwiczę głównie na klarnecie basowym, bowiem jest to dla mnie nowy instrument. Kupiłem go przed sesją Fromm, czyli w roku 2010. Cały czas z nim walczę bo jest, delikatnie mówiąc  bardzo niedoskonale wykonany. Tak naprawdę ćwiczę intensywnie na kilaka tygodni przed jakimś muzycznym wyzwaniem. W moim przypadku jest to kwestia uzyskania odpowiedniej kondycji mięśni ust i rozruszania placów. Nie mam z tym jednak większych problemów. Dałem radę wrócić do grania po niemal dziesięciu latach przerwy, to dziś kilkutygodniowe przestoje w ćwiczeniu nie wpływają na moją biegłość. Najwięcej gram latem kiedy przenoszę moje studio do domu na Mazurach i wtedy ćwiczę cały czas.

Rys Wojciul




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Bester Quartet


Szanowni wielbiciele muzyki – znakomicie skomponowanej i zaaranżowanej,  wirtuozowsko zagranej. Nowojorska wytwórnia Tzadik - Johna Zorna wydała właśnie płytę krakowskiego zespołu Bester Quartet – Metamorphoses.

 
Bester Quartet  tworzą czterej wybitni instrumentaliści, wykształceni muzycy klasyczni. Charakterystyczną cechą zespołu jest wykonawstwo muzyki o szerokim przekroju stylistycznym, w którym zasymilowane zostały wybrane elementy muzyki klasycznej, jazzowej, awangardowej oraz dokonania współczesnej kameralistyki, gdzie  fundamentem do budowania niepowtarzalnych form instrumentalnych jest improwizacja.

Bester Quartet jest nowym obliczem legendarnego The Cracow Klezmer Band, który powstał w 1997 roku w Krakowie z inicjatywy kompozytora i akordeonisty Jarosława Bestera. Za sprawą wypracowania oryginalnego, odważnego artystycznie repertuaru, opartego głównie na kompozycjach własnych lub też przygotowanych specjalnie dla tego składu instrumentalnego, zespół zdobył uznanie krytyki muzycznej,  i publiczności na całym świecie. Bester Quartet dokonał niezliczonej ilości nagrań dla stacji telewizyjnych i radiowych, a także współpracował w wieloma wybitnymi artystami szeroko rozumianej muzyki jazzowej, klezmerskiej i awangardowej: John Zorn, Tomasz Stańko, Grażyna Auguścik, John McLean, Don Byron, Frank London, Jorgos Skolias, Aaron Alexander, Ireneusz Socha i inni. Zespół koncertował w wielu prestiżowych salach oraz klubach muzycznych, m.in. w Polsce, USA, Wielkiej Brytanii, Tajwanie, Czechach, Finlandii, Włoszech, Estonii, Francji, Ukrainie, Węgrzech, Szwecji, Szwajcarii, Austrii, Belgii, Holandii, Niemczech oraz Kanadzie. Owocem wieloletniej współpracy z niezwykle prestiżową nowojorską wytwórnią Tzadik Johna Zorna jest wydanie jak dotąd siedmiu albumów zespołu:

1. De Profundis
2. The Warriors
3. Bereshit
4. Sanatorium under the Sign of the Hourglass
5. Balan
6. Remembrance
7. Metamorphoses

Od dwóch lat Bester Quartet występuje w składzie: 

Jarosław Bester - bayan
Jarosław Tyrała - skrzypce
Oleg Dyyak - bayan, klarnet, duduk, instrumenty perkusyjne
Mikołaj Pospieszalski - kontrabas

Gościem specjalnym na płycie Metamorphoses jeta trębacz Tomasz Ziętek


Metamorphoses   - to wirtuozerskie utwory oparte na klasycznych formach kompozycyjnych
z uwzględnieniem  improwizacji. To tematy muzyczne przepełnione  nostalgią oraz charakterystyczną dla Bester Quartet miękkością barw i niepowtarzalnym klimatem.

Metamorphoses   - to  dziesięć  utworów - nieprzewidywalnych, intrygujących,  zaskakujących, a nade wszystko  oryginalnych, wykonanych z niezwykłą precyzją...

Płyta została nagrana przez jednego z najwybitniejszych Polskich inżynierów dźwięku Tadeusza Mieczkowskiego  w Studio Preisnera w Niepołomicach pod Krakowem.

A to wolne tłumaczenie oryginalnej notki zamieszczonej na płycie:
 
Od 1997 roku filar awangardowego projektu Radical Jewish Culture i jedna z najbardziej uznawanych grup muzycznego nurtu New Jewish Renaissance – Bester Quartet (znany poprzednio jako The Cracow Klezmer Band) wydał już sześć mistrzowskich albumów z gatunku nowej żydowskiej muzyki w nowojorskiej wytwórni Tzadik. Zespół rozpoznawalny poprzez swój wirtuozerski i odważny artystycznie repertuar zawsze odbierany w kategoriach muzyki najwyższej klasy, koncertował w wielu prestiżowych miejscach na świecie. Jego najnowsza płyta reprezentuje najwyższe osiągnięcia w dziedzinie kompozycji, łączy dramatyczne brzmienie, klasyczną precyzję oraz zafascynowanie improwizacją z żydowską tradycją.

Serdecznie zapraszam do słuchania i już wkrótce na koncerty.

piątek, 27 lipca 2012

AKIKO w Polsce

Gdzieś w kwietniu otrzymałem pytanie czy nie zachciałbym pomóc w zorganizowaniu pobytu w Polsce japońskiej wokalistce jazzowej Akiko. Chodziło o zorganizowanie kilku koncertów i znalezienie dobrego zespołu z którym mogłaby zaśpiewać. Znalezienie muzyków nie sprawiło kłopotu. Od razu pomyślałem o gitarzyście Marcinie Olaku. Gorzej było z koncertami. W wakacje życie klubowe zamiera.Dodatkowo strefy kibica w większości miast wydrenowały skutecznie lokalne budżety, czego efektem jest brak pieniędzy na kulturę właściwie do końca roku. Udało się zorganizować zatem tylko dwa występy Akiko - na festiwalu Jazz na Buduku i w poznańskim klubie Pod Pretekstem.

Kim jest Akiko, co śpiewa i co robiła w Polsce?

Najpierw krótka notka biograficzna i trochę linków:


AKIKO - w jej repertuarze znajdziemy ponad  500 standardów jazzowych, ale Akiko jest śpiewaczką niezwykle uniwersalną. Niemal każda jej płyta to eksploracja innego muzycznego stylu.

Pracowała ze znakomitymi  producentami  - Swing Out Sister, Tatsuo Sunaga, Yasuharu Konisi (ex:Pizzicato Five), Bugge Wesseltoft (Jazzland).

Swoje nagrania realizowała także po za Japonią - w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Rio de Janeiro i Oslo.

Akiko jest także sama  cenioną producentką , autorką piosenek.  Pracując nad swoimi płytami  z wielką starannością dba o każdy element począwszy na doborze piosenek a kończąc na szacie graficznej.  

Akiko kreuje swój własny styl,  jest niezwykle intrygującą reprezentantką  nowej ery japońskiego jazzu.

 http://akiko-jazz.com/                                        


 Akiko czerwiec spędziła w Europie. Tuż przed przylotem do Polski grałą koncert w Kopenhadze wspólnie z jej koleżanką = klasyczną pianistką Yuką. Yuka studia pianistyczne ukończyła.......w Warszawie na Akademii Muzycznej i to właśnie Yuka chciała pokazać Akiko kraj w którym studiowała.

Na zdjęciu poniżej Akiko i Yuka i .......Syrenka na starym mieście w Warszawie. 

 

Na festiwal Jazz Na Buduku zostało zaproszone Trio Marcina Olaka. Marcin zaproponował organizatorom aby rozszerzyć koncert jego zespołu o występ Akiko. 

Teraz wypada dodać notkę o Marcinie:

Marcin Olak -  jest jednym z ciekawszych gitarzystów na polskiej scenie jazzowej. Jako jeden z nielicznych gra jazz na gitarze klasycznej i akustycznej, wykorzystując specyficzne możliwości brzmieniowe i artykulacyjne tych instrumentów; czasem sięga też po gitarę elektryczną. Chętnie porusza się na pograniczu różnych stylistyk: między jazzem a muzyka współczesną, między formą zamkniętą a improwizowaną. Koncertuje i nagrywa solo i w zespołach: od formacji free - jazzowych, poprzez orkiestrę symfoniczną, aż do klasycznych zespołów kameralnych. Na szczególną uwagę zasługuje jego autorski projekt, Marcin Olak Trio, zdobywający uznanie coraz to szerszej publiczności. Marcin także aranżuje i komponuje: jest autorem utworów kameralnych, tematów jazzowych i piosenek, nie stroni także od większych form. 
Jazz na Buduku śmiało można nazwać imprezą magiczną. Odbywa się już od dziewięciu lat w gajówce Buduk na pograniczu Polski-Litewskim.. Organizatorem jest Nadleśnictwo Głęboki Bród i Ośrodek "Pogranicze - sztuk, kultur,narodów w Sejnach. Koncerty odbywają się na podwórzu Gajówki, a estradą jset.........stodoła, co widać poniżej.



Gościem tegorocznej imprezy był Prezydent Bronisław Komorowski, którego zamiłowanie do lasów i polowań jest powszechnie znane. Ciekawe co pomyślała sobie Akiko, kiedy nagle przed koncertem przedstawiona została Prezydentowi naszego kraju i ucięła sobie miłą pogawędkę z Pierwszą Damą


Jak widzicie Akiko zaprezentowała się w tradycyjnym japońskim stroju wzbudzając powszechne zainteresowanie, również mediów. Przyznacie, że w swoim kimonie na polanie leśniczówki wygląda niesamowicie.




Koncert był znakomity, a zespół w składzie Akiko, Marcin Olak, Maciek Szczyciński i Krzysztof Szmańda bisował kilkakrotnie.

 

Próby i koncert w dość chłodny wieczór sprawiły że następnego dnia Akiko miała problem z głosem. Martwiliśmy się bardzo bo następnego dnia trzeba było ruszać do Poznania. Nasze obawy były jednak niepotrzebne. Akiko się wyleczyła, a koncert w klubie Pod Pretekstem zaczarował publiczność. Tu również w pierwszej części Akiko wystąpiła w stroju tradycyjnym.




Przed częścią drugą przebrała się w piękną czarną suknie. Na bis zaśpiewała po japońsku Oczi czornyje wywołując entuzjazm publiczności, który ukoiła piękną i nastrojową ludową piosenką japońską.



Dwa dni po koncercie w Poznaniu Akiko wróciła do Japonii. Ja natomiast już intensywnie myślę nad jej prawdziwą trasą koncertową po Polsce i Europie na wiosnę przyszłego roku 


wtorek, 3 kwietnia 2012

O duszo wszelka - w radiu i na youtube

Wielki Tydzień. Ostatnie dni w roku w których w kościołach wykonuje się pieśni wielkopostne. W domach się ich nie śpiewa.....no chyba że u kogoś jest taka tradycja. Do domu polecam moją płytę "O duszo wszelka". Mówiłem o niej dziś na antenie radiowej jedynki. Przeglądając zapowiedź audycji na radiowym portalu trafiłem na dwie piosenki z mojej płyty umieszczone przez kogoś na youtube.

 "Wiatr w przelocie" w wykonaniu Iwony Loranc



"Gorzkie żale" zaśpiewane przez Kasię Groniec.



Nie są to teledyski - ot ścieżka dźwiękowa z płyty - i ładne zdjęcia obu dziewczyn.
Warto dodać że oprócz Kasi i Iwony usłyszycie tu znakomicie śpiewający kwartet wokalny Il Canto Minore



wtorek, 27 marca 2012

O duszo wszelka



Kiedy w roku 2004 postanowiłem zakończyć moją przygodę z wielką korporacją medialną wiedziałem że chcę wrócić do zajmowania się muzyką. Nie miałem konkretnych pomysłów, więc zacząłem zastanawiać się od czego by tu zacząć.Lata spędzone na kierowniczym stołku w firmie nastawionej na zysk przyzwyczaiły mnie do myślenia rynkowego.Szukałem tematu atrakcyjnego artystycznie i jeszcze nie wyeksploatowanego. Temat polskich pieśni wielkopostnych wydał mi się idealnie spełniającym założone kryteria. Pieśni piękne, śpiewane w kościele, ale rzadko nagrywane. Omijane przez artystów z obawy przed tematyką śmierci Jezusa, z obawy przed wkraczaniem w sferę sacrum, gdzie łatwo wpaść w pułapkę banału, albo otrzeć się  o profanację.

W roku 2005 przystąpiłem do pracy, która trwała niemal dwa lata. Do nagrani zatrudniłem znakomitych artystów. Oto lista:


Śpiewają:

Katarzyna Groniec 
Iwona Loranc         
Mariusz Lubomski  
Kwartet wokalny Il Canto Minore w składzie:
Wanda Laddy - sopran
Marta Lawrence – alt
Sławomir Łobaczewski - tenor
Michał Straszewski - Bas

Grają:

Ryszard Wojciul – syntezatory, samplery, fortepian, saksofon, EWI,
Wojciech Pulcyn – kontrabas
Jarosław Kisiński – gitara
Paweł Iwaszkiewicz – bombardy, flety
Wanda Laddy – hrotta
Paweł Muzyka – viola da gamba, Fidel
Jakub Gawlik – akordeon

 
W lutym 2007 roku nakładem firmy Universal  ukazała się płyta "O duszo wszelka". W pięknej książeczce znalazły się freski drogi krzyżowej autorstwa znakomitego Franka Maśluszczaka



Recenzje były rewelacyjne. Oto ich drobna garść :

 
Fragment recenzji Roberta Sankowskiego z Gazety Wyborczej

„Wolnej od komercyjnego kontekstu ekipie realizującej płytę "O duszo wszelka" udała się rzecz niezwykła - stworzyła dzieło nowoczesne, ale mocno osadzone w tradycji. Pozbawione nachalnego skrzywienia marketingowego, ale przystępne. Wymagające skupienia i ambitne, ale przyjazne także dla nieco mniej wyrobionego słuchacza.
 
Znamy te utwory. W nowych aranżacjach Ryszarda Wojciula czasem zaskakują, ale to przecież wciąż pieśni, które można usłyszeć na nabożeństwach wielkopostnych. Tutaj nabierają jednak nowego wymiaru i szczególnego oddechu. Wciąż przesycone są sakralnym klimatem, ale nabiera on uniwersalnego, związanego już nie tylko z Wielkim Postem wymiaru. Zarazem stają się jakby trochę bliższe temu paradygmatowi, jakim operuje współczesna, przecież mocno zdesakralizowana kultura. Przemawiają nowoczesnym, niekojarzącym się z klimatem kościelnego nabożeństwa językiem.

Duża w tym zasługa intrygujących interpretacji Katarzyny Groniec, Iwony Loranc, Mariusza Lubomskiego i kwartetu Il Canto Minore. A także aranżacji. Niby oszczędnych, zachowujących gdzieś pierwotną surowość kompozycji, a jednocześnie nieortodoksyjnych, wplatających w nie elementy bliskowschodniej muzyki etnicznej ("Ludu mój ludu"), muzyki dawnej ("Krzyżu święty", "Ogrodzie oliwny") czy jak najbardziej współczesnego elektronicznego ambientu czy nawet trip hopu ("Przystąpcie bliżej"). Posłuchajmy, jak wspaniale rozwijają się "W krzyżu cierpienie" czy "O duszo wszelka".

Trudno im nie ulec, bo to bardzo mistyczne i - co tu dużo mówić - piękne wersje.”

Fragment recenzji Marka Duszy z Rzeczpospolitej:

Album „O duszo wszelka może stać się okazją do swoistych muzycznych rekolekcji. Z pewnością odkrywa ogromny potencjał artystyczny naszych pieśni wielkopostnych.


Fragment recenzji Jarka Szybracha z portalu ONET.PL:

„Z tym większą radością witam album zatytułowany "O duszo wszelka", choć jego zawartość z radością wiele wspólnego nie ma - to molowe pieśni wielkopostne, pełne smutku i bólu. Łatwo przy ich interpretacji popaść w emfazę, łatwo zapędzić się w katatoniczne utyskiwanie i jednowymiarowe muzyczne ponuractwo. Na szczęście ekipa dowodzona przez Ryszarda Wojciula (wiele lat temu muzyka Róż Europy i Sztywnego Pala Azji, później zajmującego się m.in. muzyką współczesną) ominęła wszystkie mielizny, każdej z pieśni nadając nowy wymiar. Każda bowiem została tu potraktowana indywidualnie, a jej aranżacja i instrumentacja nie zostały podporządkowane jakiejś wydumanej, z góry narzuconej koncepcji, lecz w naturalny sposób wypływają z nut i emocji w nich zawartych. Niech więc was nie zdziwią dźwięki muzyki dawnej sąsiadujące z nowoczesną elektroniką, niech nie zaskoczy was jazz płynnie przechodzący w wysmakowaną world music spod znaku Dead Can Dance czy Madredeus. Paradoksalnie, tak szeroki wachlarz środków artystycznych nie zaszkodził spójności "O duszo wszelka", bo charakter owych pieśni - m.in. "Gorzkich żalów", "Ludu, mój ludu", "Wisi na krzyżu" - nie pozwala na zbytnie folgowanie eksperymentatorskim zapędom, wymaga dyscypliny i rozwagi. Mamy więc do czynienia z interpretacjami odważnymi, ale poważnymi i jeśli Wojciul wywraca do góry nogami tradycyjne aranżacje, nie robi tego, by popisać się wyobraźnią, ale by podkreślić naturalne piękno kompozycji.”

Fragment recenzji Piotra Iwickiego z Gazety Wyborczej:

„płyta zdumiewa klimatem i genialnym połączeniem tradycyjnych pieśni wielkopostnych z konwencją estetyki Etno & Word music. Mamy więc ludzki głos, wyśpiewane stylowo, powściągliwie frazy starych polskich pieśni, ale też oprawę syntezatorów i samplingu, sprawnie przełamaną naturalnym akustycznym brzmieniem bombard, fletów, violi da gamba i gitary. Reasumując znakomita płyta, być może przełamująca pewne artystyczne tabu.


Przyznacie, że to co przeczytałem mogło połaskotać moje ego. Plany miałem wielkie. Szykowałem serię koncertów w salach filharmonii. Wynająłem profesjonalnych handlowców którzy szukali finansowania. Okazało się jednak, że w naszym katolickim kraju temat ten nikogo nie interesuje.Sam wynająłem salę Filharmonii Narodowej, zebrałem i opłaciłem zespół. Wydatek był spory bo na scenie było osiemnastu muzyków. Patronat nad koncertem objęli - ówczesny Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego - Michał Ujazdowski i Marszałek Województwa Mazowieckiego - Adam Struzik (od którego urzędu dostałem jedyną dotację finansową). Koncert zakończył się owacja  na stojąco. Powtórzyliśmy go jeszcze kilka dni później w Studiu Agnieszki Osieckiej w Trójce i ......... tyle. Sprzedało się około 4 i pół tysiąca płyt.

Dziś po pięciu latach wytwórnia MTJ wprowadziła na rynek reedycję płyty. Więc jeśli jej jeszcze nie znacie to czym prędzej kupujcie. Jest bowiem niezastąpiona w tworzeniu pięknej atmosfery zbliżającego się szybko Wielkiego Tygodnia.